Nie zmieniaj siebie, zmień znajomych

Praktycznie w każdym hobby występuje w końcu zmęczenie materiału. Kryzys z cyklu „jestem za stary, gry mnie już nie bawią”, albo „znaczki już nie takie powabne jak kiedyś”. Pierwszy taki kryzys przeżyłem grając na konsoli. Swego czasu spędzałem pewnie średnio z 8h dziennie na graniu (ach ta podstawówka i liceum) – pewnego dnia odkryłem, że gry mnie nudzą.

Próbowałem na różne sposoby przełamać tę niefortunną przypadłość. Inny gatunek, robienie przerwy – ostatecznie nie udało mi się, do tej pory rzadko siadam do mojego Xboxa – jeśli już to raczej żeby pogadać ze znajomymi rozjechanymi do innych miast przy okazji grania niż do gry samej w sobie.

Podobny kryzys przeżywałem przy okazji gier planszowych. Początki są w zasadzie standardowe – jedna gra, druga, siedemdziesiąta – jakoś to szło, pęd ku graniu był naturalny. W pewnym momencie odkryłem jednak, że niespecjalnie chce mi się chodzić na te spotkania, niezbyt interesujące jest kolejne starcie plastikowych ludzików na tekturowej mapce. Przyzwyczajenie umiera bardzo powoli (nawyk w zasadzie nie umiera nigdy, na zawsze już zostaje w mózgu gotowy się przebudzić przy sprzyjających okolicznościach) – więc gry kupowałem dalej, ale przyjemniej mi się o tym czytało niż grało. W pewnym momencie miałem już ze 3 miesiące bez zagrania nawet najmniejszej nawet gry. Podówczas narzeczona zaprosiła do nas jakichś zupełnie nieplanszówkowych znajomych. Przyszli, popatrzyli na regały z grami, na pewnym etapie „zmęczenia imprezowego” narzeczona wyciągnęła Dixita. Niechętnie wytłumaczyłem zasady, ale grało się całkiem zacnie. Przy okazji innego spotkania pojawił się na stole Boomtown, później jakieś Tickety – na te spotkania ze znajomymi czekałem, polubiłem atmosferę luźnego grania z ludźmi, którzy nie spędzali nad planszą 30 minut z kalkulatorem przed każdym dobraniem karty w Zaginionych Miastach. W końcu dotarłem na spotkanie planszówkowe – i też grało się super. Nagle planszówki przestały mi się kojarzyć tylko z poceniem się nad planszą i stresowaniem wynikiem – odkryłem po co tak naprawdę warto mieć kilka grup planszowych.

Kryzys planszówkowy w zasadzie zniknął, czasami wychynie tylko i spojrzy z wyrzutem. Dla mnie receptą okazało się znalezienie radości w dostrzeganiu jak jedna rzecz może być postrzegana przez innych ludzi. Bardzo ładnie pokazała to moja niedawna partia w Chaos w Starym Świecie – w to akurat przeważnie gram ze stałą grupą, mniej więcej wiadomo kto będzie co robił. Jeden będzie siedział z parującym mózgiem i udawał smutnego, inny będzie miał nadzieję, że tym razem wydarzenia go nie skrzywdzą, a od trzeciej tury będzie siedział świadom naiwności swojej nadziei. Kolejny opowie w przykrych słowach o przodkach pozostałych graczy do trzeciego pokolenia wstecz, a ktoś po raz ósmy z rzędu wylosuje Nurgle’a. Z moją imprezową grupą przeżyłem natomiast solidny szok. Nagle większość bogów (oprócz Khorne’a 😉 ) robiła zupełnie co innego od tego, na co się nastawiałem. Poczułem się zagubiony jak pedofil w domu starców. Poziom sromoty mojej porażki wymazał mi z pamięci przynajmniej dwa radosne wspomnienia z dzieciństwa. Wspaniałe uczucie – okazuje się, że upadek z samozadowolenia („ja z nowicjuszami nie wygram?”) owocuje odświeżeniem spojrzenia na dany tytuł. Wyrywa ze schematyzmu myślenia, pokazuje, że warto spróbować spojrzeć na sposób rozgrywki świeżym okiem.

Od czasu przezwyciężenia kryzysu na sposób „towarzyski” zapałałem miłością najpierwszą do gier imprezowych – większość gier z tego segmentu w bardzo dużej mierze zależy od osobowości graczy, ich podejścia i umiejętności blefu, przekonywania. Często pojawiają się wśród „dziadków kartonowych” narzekania: kiedyś gry były lepsze, teraz nic nowego się nie pojawia, fajna gra, ale to samo zrobił X w grze Y i to Z lat temu. Generalnie zgadzam się, że recykling mechanizmów, tematyk, rozwiązań istnieje. Natomiast gracze są dość unikatowi. Każdy ma swoje zboczenia, każdy wnosi coś innego do gry – dlatego w razie kryzysu radzę jak w temacie – zanim zaczniesz zmieniać hobby spróbuj zmienić grupę. To może zdziałać cuda.

  • Jakub Barański

    Chyba rzeczywiście za dużo w ten Chaos gramy, bo przewija się cały czas w Twoich wpisach 😉

    • kwiatoszZnadPlanszy

      Dużo – tak. Za dużo? Tylko jak gram Khornem to tak myślę 😉

  • Robert C.

    Podobny kryzys przeżywałem gdy nie mogłem znaleźć chętnych do gry ale recepta szukanie nowych chętnych pomogła. Sęk w tym że przyjemniej gra się chyba ze znajomymi niż gośćmi poznamy w klubie planszowym.