Nie daj się!

Czasami bywa tak, że chcemy kupić jakąś grę. Temat ulegania mamy już omówiony, czasem jednak druga poł obiektywne trudności nie pozwalają. Intelektualnie problem mamy opracowany, jednoosobowe badania przeprowadzone przeze mnie na mnie samym pokazują jednak, że emocjonalne przywiązanie do już-prawie-kupionej gry jest trudne do przezwyciężenia. Groźba nagłego ograniczenia okazywania emocjonalnego przywiązania obiek przez żonę czasami pomaga, nieraz jednak musimy z problemem poradzić sobie sami (inaczej może się okazać, że nagle z wieloma problemami będziemy musieli radzić sobie sami).

Pierwszym naszym sojusznikiem okazuje się, przewrotnie, ta sama natura ludzka, która nas irytuje gdy pokazujemy komuś efekty swojej pracy – czyli szukanie dziury w całym, krytykanctwo, bycie po prostu bucem. Te wszystkie oznaki radości z sukcesu sąsiada nagle samoistnie przekształcają się w naszą opokę, oparcie, hamulec bezpieczeństwa. Weźmy takie Eclipse (czynię tu założenie, że niektórzy żyją w grzechu nienabycia tej gry) – rzecz dobra, świetna rzekłbym. Chwila szukania w internetach polskich lub zagranicznych i znajdujemy morze recenzji. Ocean. W każdym razie akwen wodny o zdecydowanym znaczeniu strategicznym. Wszystkie na pierwszy rzut pochwalne. Ale oto w sukurs przychodzi nam wiedza nabyta na lekcjach geografii w klasie trzeciej, czy którejś tam. Prądy morskie, które płyną gdzieś sobie a muzom, a nie w generalnym kierunku morza. Szukamy takiego recenzenckiego „prąda morskiego” – zawsze taki jest. A jeśli nie zawsze, to na pewno w przypadku popularnej gry, a zjawisko nagrzewu (hype’u) dotyczy raczej gier popularnych. Znajdujemy i proszę: festiwal kości; głupia losowa gra; brzydkie modele; polskie wydanie to żart, a zagraniczny język jest za trudny (zagraniczne rysunki też, ikonografia tym bardziej). W przypadku braku wystarczających argumentów narzekających ze strony recenzentów znajdujemy na szybko kilka przepisów na strategie wygrywające. Same rakiety wystarczają, gra jest popsuta; zbuduj galaktykę bez połączeń do sąsiadów, nie podskoczą – kilka tego typu recept chłoniemy jak gąbka, albo nawet jak dzieci chłonące bajkę-gąbkę i już – zostaliśmy uleczeni.

Mało popularne tytuły mogą jednak mieć problem z siewcami defetyzmu. Wciąż walczymy na gruncie emocji, warto spróbować sięgnąć do zdobyczy nowoczesnej psychologii (nowoczesnej dla rzeczywistości kreowanej w Brassie) – terapia awersyjna. Kupujemy wielce zabawną grę „Kto ostatni tego kopie prąd”, siadamy przed monitorem. Zaczynamy czytać o obiekcie pożądania jednocześnie odpalając grę i grając sami ze sobą na 2 ręce. Gdy tylko się zainteresujemy tytułem nasza uwaga zostaje odwrócona od prądogry i trzask! dostajemy iskrą. I znowu, i znowu. Ostatecznie gra skojarzy nam się z fizycznym bólem. Może nie tak silnym jak przy partii Monopoly, ale powinno wystarczyć.

Jest też dużo skuteczniejsza metoda oparta na kreowaniu awersji. Jest ona bardzo traumatyczna, wymaga też więcej czasu, niemniej efekt jest gwarantowany. Zapraszamy kilka osób. Najlepiej mangowców, ale radzimy sobie z zasobami ludzkimi jakie mamy. Na stole kładziemy talerze, sztućce, kieliszki, tamburyny. Sadzamy gości wokół stołu, my natomiast włączamy komputer i zaczynamy czytać o grze. Dajemy gościom Palce w Pralce – po 3 godzinach na samo spojrzenie na tytuł naszego ostatniego zaafektowania wywoła odruchowy skurcz wnętrzności i skrajne obrzydzenie. Sukces w pełni.

Część ludzi wykazuje naturalną odporność na terapię awersyjną, ewentualnie skrajnie szybko wygaszają jej efektywność. Można wtedy zastosować metodę obrony niebezpośredniej. Przyjmujemy z pokorą fakt, że Gra jest silniejsza od naszej mizernej, słabej woli. Musi się ona znaleźć w pobliżu. Próbujemy czymś zająć umysł, np. książką. Gdy skończymy spokojnie odkładamy Il Principe na bok i już wiemy co trzeba zrobić [Opisuję sytuację z perspektywy normalnego gracza]. Najpierw trzeba porobić wprawki – piszemy na rozgrzewkę kilka recenzji. Gdy już w miarę jesteśmy pewni naszych umiejętności zakładamy platformę blogową/serwis internetowy, albo przyłączamy się do istniejącego (musi mieć odpowiednią renomę). Piszemy kilka recenzji na swoich kopiach, po czym występujemy do redakcji z żądaniem załatwienia nam gry. Tytuł jest mało popularny, więc się nie udaje go załatwić (np dystrybuuje go tylko Kambodżański Ruch Oporu, którego nikt z lasu przez ostatnie 7 lat nie wywabił, a maila sprawdzają raz na 4 lata). Podstęp i żądza w nas są silne, udajemy więc, że nasz stary dobry znajomy z Kambodży pożyczył nam tę grę. Piszemy recenzję wychwalając grę pod niebiosa. Recenzja zyskuje spory rozgłos (jedna z trzech na świecie! Po polsku!). Staramy się, żeby recenzję przeczytał nasz znajomy kupuję-jak-leci wargamer. Po tak pozytywnej recenzji oczywiście on ją kupi (niestety nie zdążyliśmy z nim zagrać w „pożyczoną” kopię, bo znajomy dostał się do niewoli i musieliśmy odesłać egzemplarz w ramach okupu). I, jak to mówią w Internecie, PROFIT.

Oczywiście możemy tez spróbować znaleźć drugą pracę i sobie dorobić, ale tak szczerze – jaka jest na to szansa przy obecnym rynku?

  • Od częstego kupowania gier planszowych wystarczająco odstraszają mnie – cena (niektóre wydają się być targetem wyłącznie kolekcjonerów i organizatorów gamesroomów; nie mówię tu o TI3 czy Descencie, a o eurosach nudzących monotonią po kilku rozgrywkach), oraz niepewność czy uda mi się w ogóle zagrać parę razy w grę.

    Jakoś nie rozumiem tego owczego pędu na blogowanie o grach planszowych polegających na recenzjach. Już teraz tego jest pełno w sieci, ponad 80% blogów o planszówkach spamuje recenzjami. Moim skromnym zdaniem, brakuje wpisów innego rodzaju – relacji z rozgrywek, „almanachowania” na temat jakiejś gry/jakiegoś specyficznego typu gry, luźnych i nieluźnych dywagacji fanów planszówek. Na ZnadPlanszy.pl znajduję takie teksty, lecz to i tak święto na tle całej planszówkowej blogosfery.

    • Kuba Polkowski

      tl;dr

  • Kuba Polkowski

    Ech, Kwiatoszu, jak ja Cię doskonale rozumiem…

  • Robert C.

    Eclipse to ciekawy przykład ale ja się z niego wyleczyłem nie tylko szukając negatywnych komentarzy po prostu znalazłem wypożyczalnie którą ma tą grę a następnie zagrałem. „Wypróbowanie” gry i przekonanie się że nie jest dla Ciebie skutecznie leczy 🙂 o ile oczywiście grę da się załatwić tym sposobem. Drugą metodą która u mnie pomaga (nie zawsze) jest praktyczność czyli myślę czy będę miał z kim grać i jak często to się uda. Jeśli nie widzę zbytnio widoków na granie to łatwiej mi czasem odpuścić dany tytuł. Ale też nie zawsze Runewars i tak chcę nadal mimo iż wiem że widoki na granie mam marne.