A walonki założyłeś? A gen ci molo harata?

Będąc młodą lek… Tfu, będąc młodym planszówkowiczem najbardziej doceniałem tytuły, przy których nie można było doznać zamrożenia mózgu (tak się brain freeze od zimnych napojów przekłada?) nawet polewając go ciekłym azotem – bo tak ciężko pracował. Teraz jestem starszy i poważniejszy i przemyślenia mam trochę nowsiejsze. Okazją do osiągnięcia po raz kolejny wglądu stała się konieczność (i przyjemność) zrecenzowania gry Avalon: rycerze króla Artura.

Swego czasu triumfy na okolicznych spotkaniach planszówkowych święcili Agenci Molocha – katowaliśmy to godzinami, często w barach, co było wspierane przez niską cenę gry – jeżeli się za bardzo zniszczyła to kupienie nowej nikogo nie przyprawiało o ból głowy. Mniej więcej w tamtym okresie ciężar mojej uwagi zaczął się przesuwać w okolice gier bardziej imprezowych, bardziej opartych o charaktery graczy, a mniej o liczenie z prędkością TI-NspireCX.

Bycie wrednym Molochem przychodziło mi bez trudu – potrafiłem łgać w żywe oczy bez zmrużenia powieki, bez zająknięcia. Będąc dobrym potrafiłem przeprowadzić za pomocą logicznych argumentów piękną dekonstrukcję rusztowania kłamstw budowanego przez molochów. Minął rok, czy ze 2 lata. Usiadłem do Avalonu. Pierwsze 7 partii zagrałem jako dobry (ciągle ten sam, taki w hełmie co wygląda jakby miał loczki) – jakoś to szło, ale bycie takim dobrym nołłanem jest dość proste w sferze odgrywania. Później dostałem rolę złego. Rozgryźli mnie w drugiej rundzie. W następnych kilku partiach cały czas byłem poplecznikiem Mordreda i nie wygrałem podstępem chyba ani jednej partii, jedynie ubijając Merlina. Powoli zaczęło do mnie docierać, że od czasu Agentów Molocha coś się zmieniło. Coś we mnie jakby się ulotniło, straciłem zdolność kłamania w żywe oczy, mataczenia na biegu i polewania umysłów współgraczy gnojówką fałszywych oskarżeń, podejrzeń, plugawego myślenia.

Zacząłem analizować co takiego się w tym czasie stało. Pierwsze co mi przyszło do głowy to ślub. Rzadko pierwsza myśl okazuje się trafna, tutaj jednak uzyskuję coraz większą pewność z każdą minutą przeznaczoną na analizowanie przyczyn. Ciągły trening prawdomówności przeprowadzany za pomocą bezpośredniego upominania (kupowanie drewnianych sztućców na parapetówkę młodemu małżeństwu to fatalny pomysł!) wycisnęło piętno na moim naiwnym umyśle. Teraz się męczę w kolejnych partiach, mam świadomość, że w końcu wszyscy odkryją, że tak naprawdę nie umiem w to grać, nie umiem mataczyć, jadę tylko na famie zbudowanej podczas partii w Agentów Molocha. Ale do tego czasu jeszcze mam pewnie przynajmniej 20 partii. Może sobie wszystko przypomnę. Może zdążę.

Przy okazji ciekawostka: moja żona okazała się w posiadaniu bardzo przydatnych w tej grze umiejętności. Podczas poszukiwania Merlina praktycznie na ślepo nie za bardzo mieliśmy (Mordredowcy) się na czym oprzeć. Potrafiła wykonać drgnięcie powieką tak od niechcenia, tak nieznacznie i tak w idealnym momencie, że została ubita z przekonaniem graniczącym z pewnością. Oczywiście nie była Merlinem. Podczas przysięgi w USC też jej tak powieka drgnęła. Teraz już wiem, że to nic nie znaczyło.

[kupowanie sobie czasu] A może dodałem ten wpis tylko po to, żebym nie wydawał się groźnym przeciwnikiem w Avlonie, a tak naprawdę wszystko mam rozgryzione? [/kupowanie sobie czasu]

  • Stanisław Juźwicki

    Jak to dobrze, że ja z żoną gram w suche gry ekonomiczne… 🙂

  • Zombiak

    i jak zawsze odpowiedzią na pytanie „skąd tyle zła na tym świecie ?” odpowiedzią jest (niewinna i cna wielce )żona… ehhh