Drzewiej-lepiej-szybciej-teraz

W środowisku planszówkowym najpopularniejszym poglądem jest ten, że hobby warte jest szerzenia. Pojawi się więcej wydawców, większa sprzedaż przełoży się na lepsze ceny, bo wyższy nakład = mniejsze koszty wydania. Nowi ludzie zwiększają możliwość umówienia się na partię, pojawia się coraz więcej imprez i coraz szersza jest świadomość, że gry to nie tylko rzut kostką i dołożenie literki. Wszystko idzie ku lepszemu, budujemy nową, wspaniałą przyszłość. Oczywiście to wszystko albo prawda, albo pożądany postulat. Spoglądający na tagi jednak już pewnie wiedzą, że ja tego tak do końca w ten sposób nie widzę.

Wraz z rozrostem środowiska zawsze pojawia się problem z jednostkami nieco bardziej aspołecznymi. Kłótnie przy planszy zdarzały się zawsze, a fora służą dyskutowaniu. Ale każdy zna problem trollowania, albo tego jednego gracza, który zawsze, ale to zawsze się pojawia i wpycha do gry, w którą absolutnie nie powinien grać.

Wpieniacze życiowi

Może to być ten matoł, który czerpie radość z rozwalenia rozgrywki innym w momencie, gdy nie ma szans na zwycięstwo. Może to być „zapracowany-pan-biznesmen”, który nie odłoży telefonu, przez co ani nie poznał dobrze zasad, ani nie wykonuje sensownych ruchów (może nie odkłada telefonu, bo ma rozrusznik serca z rfid, który działa tylko blisko telefonu?). Pan „chipsy są dobre i zdrowe” jest naturalnym wrogiem każdego właściciela gry. Nie wymieniam tutaj graczy sporadycznie rzucających stołem, bo spójrzmy prawdzie w oczy – któż z nas jest w tej materii bez grzechu?

Wpieniacze forumowi

Na odpowiednio dużym forum z kolei nigdy nie zabraknie pana „Mnie się nie podoba bo nie trafia w mój gust, a tobie się nie podoba, bo jesteś głupi.” Są gracze którzy polecają zawsze i wszędzie jedną i tę samą grę niezależnie od pytania. Tutaj sprawiedliwie trzeba oddać, że niektórzy robią to w taki sposób, że nie można się na nich denerwować, bo taka ich osobowość forumowa, wręcz staje się to sympatycznym hermetycznym żartem. Z kolei inni do mistrzostwa doprowadzają takie przekręcanie podanych przez pytającego pożądanych cech produktu, że potrafią sprzedać Twilight Struggle jako świetną grę imprezową dla 6-8 osób. Pół biedy kiedy pytający jest doświadczonym graczem, on odsieje dobre porady od złych, ale nigdy nie wiadomo, czy nie pyta akurat łatwo ulegający wpływom nowicjusz, plus taka osoba zamiast pomagać tylko dokłada pracy innym, którzy chcąc pomóc najpierw muszą naprostować głupoty napisane przez trolla.

Do rzeczy

Wszystko to jednak tematy poboczne. Ostatnio kopiąc w sobie, w kwiatoszu, odkryłem, że chyba nie lubię mieć przesadnie popularnego hobby. Pewien profesor od socjologii sportu powiedział kiedyś, że najlepiej znaleźć sobie niszę i w niej się urządzić (takich profesorów było podówczas trzech). I ja się z tym zgadzam – wolę być ekspertem w mało znanym, acz interesującym hobby – pozwala to zawsze mieć znajomym coś ciekawego do zaoferowania, plus jakoś tak miło się wybijać oryginalnością (pożyteczną!).

Druga sprawa z tym związana to fakt, że lubię też być innowatorem. Jeśli wprowadzam grę w jakimś towarzystwie, to cieszy mnie, gdy jest to coś nieznanego, co chwyci. Jeżeli ktoś po takiej prezentacji kupi grę to jestem średnio zadowolony – bo będzie mógł grać beze mnie, a cenię sobie granie w planszówki, po coś je w końcu kupuję (taa…); z drugiej strony oszczędzam swój egzemplarz, więc całkiem źle nie jest. Najgorzej jednak gdy ktoś kupi świetną nowość przede mną. Jeżeli mi się spodoba to i tak będę musiał kupić, ale nie będę miał z tego profitów w stylu efektu WOW wywołanego u znajomych, splendor zgarnie kto inny.

Czy jest to pewnego rodzaju snobizm? Być może. Rozrost popularności hobby zmniejsza liczbę zaskoczonych tym jak dobre są obecnie gry planszowe (a lubię obserwować ten pojawiający się czasem zachwyt i emocje powodowane np. pierwszą partią Osadników). Taki niestety los hobby małowysiłkowego – innym moim zainteresowaniem jest robienie wędlin i warzenie piwa – zwłaszcza w tym drugim konkurencja rośnie dość powoli, bo jednak wymaga to ciężkich godzin nakładów i zgłębienia pewnej wiedzy celem otrzymania odpowiedniego produktu. A taką planszówkę kupujesz i grasz. Właśnie – coraz więcej sklepów planszówkowych sprawia, że w każdym jednym (no dobra, w znakomitej większości) są głównie gry, które się najlepiej sprzedają. Już nie jest tak, że sklep może spokojnie eksperymentować ze sprowadzaniem niszowych tytułów, bo odbija sobie to na tych popularnych – teraz wszyscy mają te popularne, więc sklepy muszą ciąć marże jak szalone, nie ma więc marginesu na eksperymenty. I tak oto wzrost ilości sklepów skończył się na chwilę obecną tym, że gier sprzedaje się więcej, ale tytułów – pewnie niekoniecznie. Oczywiście wierzę w specjalizację sklepów (jak Fort Gier chociażby), ale do tego czasu to moje hobby w ogóle nie będzie niszowe…

Wpis zainspirowany tematem założonym przez Haruna na forum g-p

  • Martin

    Rozrost popularności gier planszowych trochę mnie zniechęcił. Z przyjemnością 8 lat temu propagowałem i też cieszyłem się z widoku zaskoczenia na twarzach. Teraz cała masa „ekspertów” z kilkumiesięcznym stażem więc przestałem się chwalić moim hobby. Oprócz grania ze stałą ekipą siedzę tylko na boardgamegeeku i dyskutuję. Trochę smutne.

  • pelnaparaZnadPlanszy

    kwiatoszu – ciężki los hipsterę być ;p

    • kwiatosz

      Chciałem wrzucić problemy pierwszego świata, ale jakoś zapomniałem i już tak zostały te okulary 🙂

  • Robert C.

    „Nowi ludzie zwiększają możliwość umówienia się na partię, pojawia się coraz więcej imprez i coraz szersza jest świadomość, że gry to nie tylko rzut kostką i dołożenie literki.” akurat to by się przydało 🙂 Moim zdaniem jednak upowszechnienie gier planszowych może się przełożyć na ich kierunek rozwoju podobnie jak było z grami komputerowymi. Masowość oznacza że podaż idzie bardziej za popytem czyli tworzymy proste krótkie gry bo na taki jest największy popyt. Nisza jednak pewnie pozostanie na Kickstarterze jak gry indie na PC.