Frajer play, czyli rzecz o turniejach

Zorganizowałem w czasie swojej planszówkowej działalności kilkadziesiąt turniejów. Niedługo będę się zajmował eliminacjami Wsiąść do Pociągu – po raz pierwszy nie będę ostateczną instancją, przeprowadziłem więc z tej okazji akcję „wspominki rozliczeniowe”. I wcale nie jestem przekonany, że turnieje planszówkowe to taka fajna sprawa.

Mniejsze konwenty charakteryzują się tym, że i nagrody skromniejsze i za niesportowe granie można zostać napomnianym za pomocą znanej i lubianej formy „ostrzegawczego” w plecy. Większe imprezy to już trudniejsza sprawa – zwłaszcza gdy nagrody liczone są w setki, czy nawet w tysiące złotych, jak w przypadku Wsiąść do Pociągu.

Podstawowym problemem jest możliwość oszukiwania. Jest wiele gier, w których sam gracz pilnuje swoich działań, bądź gra się dzieje na tyle szybko, że o ile jest możliwość kontroli, o tyle nie ma na to za bardzo czasu – chociażby w Mondo. Jeżeli gram to jestem w stanie zwrócić uwagę na przetrzymywanie w ręku żetonu albo dwóch, ale już przesunięcie żetonu na planszy tak bardzo w oczy się nie rzuca. Sędzia stojący nad planszą oczywiście taką sytuację wyłapie, ale sędziów przeważnie tylu nie ma. Dodanie sobie punktu, przetrzymanie nadmiarowej karty, kombinatorzy możliwości znajdują wiele. Nie jest to jednak domena planszówek, nikomu za bardzo nie udaje się na poziomie amatorskim tego wyeliminować, więc trudno – trzeba z tym walczyć i jakoś żyć.

Inne problemy łączą się z immanentną cechą turniejów planszówkowych. Bolączką wielu gier jest kingmaking – co jest szczególnie problematyczne w rozgrywkach o nagrody. Taki np. Chaos w Starym Świecie – tutaj autentyczna sytuacja z turnieju. Przy stole siedziała trójka znajomych i jedna nieznająca pozostałych dziewczyna. Nagrodą była większa planszówka, teraz nie pamiętam jaka. Chłopaki „sprytnie” wymyślili, że skoro jeden z nich gra Khornem, to oni mu się będą podkładać, dzięki czemu wygrana gra zostanie w ich gronie. Jak pomyśleli tak zrobili – ten z Khornem wystawił się Krwiopuszczem w każdym regionie, a znajomi dostawiali mu wszędzie swoich kultystów. Podówczas tego nie zauważyłem, to było z rok temu. Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno, nie miałem więc możliwości już ich zdyskwalifikowania – nie pamiętam też jak się nazywają, więc nie za bardzo mam jak ich zbanować ze wszystkich turniejów, do których się przykładam jako organizator.

O takim problemie mówiło mi kilkoro znajomych jeżdżących na większe konwenty planszówkowe – przychodzi rodzinka, albo zapisują się na jeden stół albo mają nadzieję tak być rozlosowani, po czym cała rodzina gra pod jednego z nich. Normalnie krew człowieka zalewa jak można być takim bucem.

Oprócz kingmakingu rozumianego tradycyjnie jest też „granie w parkach” – również znane i lubiane zjawisko. Sojusz nie zostanie złamany. surowce będą wymieniane korzystniej, ofiarą ataku zawsze będzie kto inny. Problemem z tymi dwoma zjawiskami jest, że o ile w przypadku bezczelnego zachowania (jak z Chaosem) są jasne podstawy dyskwalifikacji, o tyle z większości tych zagrań da się jakoś wytłumaczyć. W grze stricte logicznej trudniej udawać zagubienie w toku negocjacji, o tyle gry typu Gra o Tron już tak jasno sprawy nie stawiają. Zawsze gracz może powiedzieć, że wydawało mu się to korzystne – oprócz jaskrawych przypadków sprawa jest nie do udowodnienia.

Zdarza się też, że jeden z graczy zna nieco inne zasady. Jeżeli dzieje się to na jego niekorzyść to pół biedy, bywa jednak tak, że jest on wybierany bankierem i przesuwaczem punktów – taka sytuacja jest już później nie do odkręcenia, a przeważnie nie ma czasu na powtórkę partii.

Bywa też tak, co jest kolejną sytuacją, w której uczestniczyłem, że gracze upierają się przy innej interpretacji reguł niż sędzia (rzecz dzieje się przy okazji momentami mocno niejasnej intrukcji do Mare Norstrum). Ponieważ ja byłem sędzią i grałem w finale tego turnieju nie mogłem po prostu narzucić swojej (poprawnej wg faq z BGG) interpretacji, gracze przegłosowali inną. Plus jeden był anglistą i dołożył stwierdzenie, że „you can’t” oznacza „nie musisz” – autorytet anglisty zadziałał w pół sekundy i skończyło się tak, że turniej był raczej irytującą wariacją na temat, a nie grą w MN. Nie biorąc udziału w grze po prostu bym powiedział, że albo wersja sędziowska zasad, albo dyskwalifikuję, ale że brakowało graczy to musiałem w turnieju wziąć udział.

Nikogo jeszcze w przypadku turniejów nie zdyskwalifikowałem – jednak wiedząc teraz o przekręcie przy okazji Chaosu momentalnie stałem się mniej pobłażliwy. Jeżeli gracz nic, albo niewiele ryzykuje, to co może powstrzymać go przed oszukiwaniem? Będę teraz musiał zapowiadać pełną surowość sędziowania. Ech, niełatwe jest życie sędziego…

  • Przemo

    Ludzie zawsze będą kłamać i oszukiwać. Taka prawda. Niestety ale ciężka jest rola sędziego. Najgorzej jeśli przyłapiesz na oszustwie znajomego. Wtedy sytuacja naprawdę zrobi się niezręczna.

  • Piotrek

    A tak swoją drogą to co to za gra w miniaturce, jakaś warta uwagi?

    • kwiatosz

      To jakaś trivia, nie wiem czy nie używana nawet do sprawdzania wiedzy sędziów. Tak czy siak – jeśli nie jesteś maniakiem przepisów futbolu amerykańskiego (ktoś jest?) to nie warto.

      • Piotrek

        Aj, nie zobaczyłem, że to amerykański futbol, dzięki

  • Simon99

    Ja powiem ogólnie z perspektywy wieloletniego gracza turniejowego oraz sędziego turniejowego (głównie gra bitewna Warmachine & Hordes, ale przewinąłem się przez wiele karcianek, planszówek itp.) :
    1. Niektóre gry imo nie nadają się na gry turniejowe, bo ciężko jest wykluczyć jakiś dodatkowy element trzeci (np. dwóch/trzech kumpli przy jednym stole),
    2. Turnieje gier planszowych to zazwyczaj taki przerost formy nad treścią – niektóre gry mają tak wielki współczynnik losowości, że nawet doświadczony gracz może przegrać z niedoświadczoną osobą przez to, że nie podeszło.
    3. Turnieje planszówek na konwentach zazwyczaj są robione po to by wypełnić luki w programie i często są organizowane pod większe grono graczy (typowym przykładem jest Pionek, który kiedyś miał przynajmniej ten kilka turniejów gier logicznych, a teraz takich turniejów nie ma. Możliwe, że ze względu na to, że takie turnieje mogły być dominowane przez bardziej doświadczonych graczy, a to psuje wizerunek pionka, gdy na podium znajduje się podobny skład graczy).
    4. Sędzia mimo wszystko powinien być przygotowany pod każdym względem do turnieju – wydrukowane faqu i najnowsze erranty imo sa niezbędne – dzięki temu uniknąłbyś sytuacji jak ta opisana przez Ciebie w artykule.
    5. Nie wszystko da się dopilnować, jak jest kilka stołów grających to sędzia nie może śledzić każdego, dlatego imo nie ma się co przejmować za bardzo jak ktoś zwałuje i nikt tego nie wykryje na czas. Sędzia nie może śledzić każdego stołu, ale za to gracz może śledzić stan swojej gry cały czas – jak tego nie robi to sędzia nie powinien jakoś specjalnie brać do siebie, że czegoś nie zauważył. W końcu to też człowiek.

    • kwiatosz

      Zdecydowanie się zgadzam, że nie wszystko nadaje się na turnieje, ba! większość gier nie nadaje się niestety na turnieje z dużymi nagrodami. Wyjątkiem są dwuosobówki, tylko że moim zdaniem gry planszowe wymyślono jako zabawę towarzyską => więcej niż dwuosobową.
      Oczywiście na turniejach szachowych, gdzie nie wolno mieć telefonu, też można wykluczyć przeciwnika podrzucając mu telefon kupiony za 30zł, ale to już ekstremum 😉

      Co do 3. to absolutnie się nie zgodzę – ja na Falkonie robię cały oddzielny program games roomowy, co więcej – patrząc na frekwencje na różnych konwentach planszowych i fantastycznych to coraz częściej można odnieść wrażenie, że to fantastyka jest wypełniaczem czasu, a głównym daniem planszówki 😛

      Mare nostrum ma niestety ten nieszczęsny przypadek, że autor po angielsku nigdzie się nie wypowiadał na temat zasad, o które mi chodzi (przynajmniej wówczas nie znalazłem) – więc FAQ było półfanowskie (bo teoretycznie to było tłumaczone z francuskich wypowiedzi autora) – tak czy siak, więcej w to turnieju nie zrobię.

  • rzaba

    a może się ktoś pokusi o artykuł jak zorganizować turniej? będę miał tutaj na obczyźnie (IE) taki mały zlocik i padł pomysł zrobienia małego turnieju w coś (Dominion, Osadnicy z Catanu czy cos w tym stylu…) ale nawet nie wiem jak się za to zabrać 😉

    • kwiatosz

      Jak na zlocie krótkim to jedyne opcje to albo eliminacje, czyli z 4 gier przechodzi po jednym wygranym i finał – w Dominionie i Osadnikach się to sprawdza. Jeśli zlot długi, to można kombinować z ligą, ale przeważnie to pociąga za sobą tyle rozgrywek, że wszystkim się odechciewa, liga sprawdza się na regularnych spotkaniach.

      Jeżeli masz nieodpowiednią do eliminacji liczbę chętnych to robisz systemem szwajcarskim (nigdy nie pamiętam jak nazywa się program do ogarniania tego) – szwajcar ma tę zaletę, że możesz zrobić turniej symulujący ligę na praktycznie dowolnie wielu graczy.

      W miarę sensowny jest system double elimination – niby pucharowy, ale jedna przegrana nie wyklucza Cię z turnieju, a z drugiej strony nie ma tak jak w lidze – że ktoś bez szans i tak musi zagrać jeszcze kilka partii. ale to też raczej na krótsze gry albo na spotkania cykliczne.

      Sporo zależy też od konkretnej gry, akurat w przypadku Dominiona i Osadników sprawdza się przechodzenie zwycięzcy/dwóch pierwszych miejsc dalej.

      Acha, no i najważniejsze – gdzieś w toku przygotowań trzeba naskrobać maila do lokalnego wydawcy z informacją, że taki i taki klub organizuje turniej na takim a takim wydarzeniu i że warto taki turniej wesprzeć nagrodami – przeważnie oczekują fotorelacji i innych marketingowych rzeczy.

      • rzaba

        dzieki, jest od czego zaczynac 😉

  • siefczyk

    Moim zdaniem bardzo często przy turniejach brakuje jednej dość istotnej rzeczy – mianowicie regulaminu dotyczącego technicznego sposobu przeprowadzenia danego turnieju. Wiem, że brzmi to strasznie formalnie, ale niestety jakieś tam doświadczenie w temacie jako uczestnika już mam (nie dane mi było jeszcze cokolwiek organizować ale kto wie :-)…. może kiedyś…) i zauważyłem, iż bardzo często dopiero po przyjęciu zapisów organizator (którym bardzo często jest ktoś do tego zadania wytypowany) zaczyna się zastawiać co i jak tu zrobić. A że liczba ludzików niepodzielna, a to ile rund zagrać, jaki system rozgrywki przyjąć itd itp…i w efekcie okazuje się, że lekki chaos się wkrada. Nie mówię, że potrzeba tu litanii paragrafów, ale wystarczy przyjąć jakieś założenia co i jak przy danej liczbie uczestników a dzięki temu i sprawniej wszystko pójdzie i bałaganu nie będzie a i gracze przyjemnie czas spędzą grając a nie dyskutując jak rozgrywać turniej. Jako przykład braku zasad pamiętam turniej w Pentago (6 uczestników), gdzie 20 minut zeszło nad wyborem sposobu rozgrywki (ważne były zajęte miejsca) – większość naciskała na 2 grupy po 3 graczy gdzie najlepsi grają w finale o zwycięstwo, kolejni o miejsca 3-4 i 5-6 itd. Najgłośniej naciskający na taki sposób rozgrywki grał o miejsca 5-6 i zaczął strasznie narzekać, iż taki system był mało miarodajny i nie wyłaniający najlepszego w tę bardzo logiczną grę… oj jak to się punkt zmienia od punktu siedzienia. A przecież regulamin załatwił praktycznie sprawę – zero dyskusji przed :-). Co do samych zaś graczy to trudno cokolwiek dodać – to też ludzie i przy planszy zachowają się tak jak w życiu – jak komuś uczciwość i fair play obcym jest to trudno – następnym razem do stolika z nim nie usiądę.

  • kdsz

    Ale patologia…
    Tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że szkoda mi czasu na konwenty. W pierwszych miesiącach fascynacji planszówkami starałem się bywać, ale niektóre zachowania graczy strasznie mnie irytowały! Szczególnie wkurzałem się, gdy przy moim stole pod koniec partii robiło się nagle pusto, bo wszyscy rozbiegli się w poszukiwaniu ekipy na kolejną grę. Oczywiście przyjemnością pakowania komponentów do pudełka i odniesienia gry do wypożyczalni nie miałem się z kim podzielić, bo zdaniem moich współgraczy była to rozrywka z bardzo grywalnym wariantem solo…

  • Robert C.

    „Granie w parkach” oraz granie rodzinne występuje nie tylko na turniejach. Przez co z niektórymi składami w cześć gier przestałem grać za wiele nerwów za mało frajdy.