Bernd Brunnhofer dobrze prawi

Lat temu kilka swoje 5 minut na moim stole miała gra Blood Feud in New York. Cała zabawa jest dość prosta – spora mapa Nowego Jorku, po której biegają członkowie rodzin mafijnych oraz ich boss. W trakcie rozgrywki naszym celem jest wyeliminowanie pozostałych rodzin, albo osiągnięcie „niekwestionowanej dominacji” wyrażanej w dochodach. Podczas partii stawiamy budynki, najmujemy oprychów i wszelakiej maści zabijaków oraz kupujemy pojazdy. Do dyspozycji mamy motorówki, limuzyny i helikoptery.

BFiNY zaznajomiło mnie z terminem „krwawa łaźnia” – tak bowiem określone są tam starcia, których nikt nie przeżył – co jest dość prawdopodobne, ponieważ każda trafiona figurka przed śmiercią oddaje jeszcze jeden strzał. Rozgrywka jest nieskomplikowana, ale to jeden z tych tytułów, przy których moja wyobraźnia szaleje. Widzę oczami wyobraźni ten podjazd limuzyną, z której wyskakuje pięciu oprychów i rozmawiają z przeciwnikiem po swojemu. Widzę trzech hitmanów, którzy podlatują helikopterem, likwidują wroga i odlatują zanim ktokolwiek się zorientuje. Rozbryzgi wody spod motorówki, która na pełnym pędzie wbija się w brzeg, rozładowuje załogę i spokojnie czeka na akwenie sprawdzając czy będzie kogo zbierać. W BFiNY mam jedną zasadę – boss mojej rodziny nigdy nie jeździ 2 razy tą samą limuzyną. Po prostu nie – na koniec partii po mapie jest rozsianych sporo porzuconych samochodów – w mojej wyobraźni działa to tak, że dzięki temu nie da się podłożyć w żadnym samochodzie bomby. Mechanicznie nie ma to uzasadnienia żadnego.

Fussball Taktik – kolejna gra, gdzie rozstrzygnięcia starć między zawodnikami są rzutem kostką (z modyfikatorami za specjalizację). I znowu – widzę rajdy skrzydłem, wrzutki z przedpola, widzę jak napastnik urywa się obrońcy, a bramkarz jeno chlipie. Mam swoje ulubione zagranie z wybiegnięciem a skrzydło i dośrodkowanie na własnie wbiegającego pomocnika – nie wydaje mi się, żeby było skuteczniejsze niż po prostu podejście i kopnięcie, ale ma styl. O to właśnie stwierdzenie Brunnhofera mi chodzi – „styl jest celem”. Odnosił je co prawda do euro, ale: jego jaskiniowcy wszyscy mają afro, wydobywają sztabki złota z rzeki i płacą za niektóre chaty więcej niż trzeba – tylko dlatego, że ich stać. Taki mają styl. Przyjąłem to stwierdzenie jak swoje, są takie gry, że bawię się dużo lepiej dorabiając mniej lub bardziej absurdalne fragmenty fabuły podczas rozgrywki.

Znowu wracam do czynnika losowego – styl bowiem objawia się u mnie w okolicznościach gier nieco bardziej losowych. Saul Tigh skacze flotą – no niestety, 3 statki cywilne wleciały prosto w gwiazdę. Jest rzut, wyobraźnia potrzebuje uzasadnienia wydarzeń. Wszystko inne jest opisane na kartach – braki wody, spadają zapasy; wybucha jakiś statek – tracimy populację. Logiczne. Ale czemu tutaj po skoku ludzie znikają? Ja to widzę tak – Saul w pijackim widzie wysyła koordynaty – ale tu mu się palec omsknie, tam się złapie dźwigni żeby nie upaść. Stylówa „przed lotem wypijam pięćdziesiątkę za zdrowie Cylonów” jest ważniejsza od życia ludzi. Tak jakoś wyszło.

Blood Bowl – Menedżer drużyny – znowuż mamy losowe starcia – i znowu po rzucie wyobraźnia potrzebuje uzasadnienia. Tutaj akurat możliwości jest sporo – upadek, plomba, mierzenie się z krasnoludem – wszystko to może spowodować kontuzję świeżo wstawionego zawodnika. Miewam takie partie, że na 10 ataków udaje mi jeden. To już jest czysty los, ale już po drugim zepsutym ataku wiem, że ta drużyna ma taki styl. Ba, to wszystko nie dzieje się tylko w mojej głowie, zawsze dzielę się wizją wydarzeń ze współgraczami – rozgrywka staje się „tragedią na cztery serie spotkań”. Bywa tak, ze na boisko wjeżdża Walec Śmierci. Skaveny podstępnie podkopały boisko, więc jest krzywe jak murawa w lidze orkęgowej. Walec przewraca się na bok, kierowca wypada, Walec kontunuuje przewracanie się i przetacza po kierowcy. I tak dwa razy – trzeci raz już tak się nie dzieje tylko dlatego, że sezon się kończy.

Świat Gier Planszowych ostatnio wyszedł – piszę więc kolejny felieton o momentach, w których wybraźnia autora wyraźnie przegrywa z wymogami mechanicznymi gry. I tak mnie tknęło – może to nie są potknięcia? Może to celowy zabieg, który pozwala objawić się indywidualnemu stylowi graczy? Ten moment, w którym musimy sobie uzasadnić dlaczego tylko jeden człowiek we wsi może orać w Agricoli, albo dlaczego w Blood Feudzie im więcej ludzi ginie tym więcej jest. Bezcenne momenty triumfu wyobraźni gracza nad rzeczywistością absurdu klimatycznego. Tego się nie da przecenić, dzięki temu niewiele rodzajów hobby jest tak rozwijających jak gry planszowe. Taki ich styl.

  • Też w Ameri zdarza mi się świrować.
    Ludzie nie chcą ze mną grać w Zombicide, bo zawsze – o ile nikt mnie nie uprzedzi – wybieram Josha i gram nim w swoim stylu: biegam z dala od drużyny, rzucam się na bandy Zombie z okrzykiem „Die, you motherfather!”, albo otwieram drzwi – bo moja postać uważa, że to dobry pomysł, mimo, że wszyscy współgracze proszą bym tego nie robił.
    Nic na to nie poradze…
    He’s just a rabid dog…

    • Crinos PL

      Twoja „strategia” nie ma nic wspólnego ze stylem – Ty po prostu złośliwie psujesz innym grę 😛

  • Jakub Barański

    Wpis mega zachęcający do zagrania we wspomniane gry! Chyba jest plan na weekend 😉