Kickstarter to zło, albo czemu wolę gry ze sklepu

Przygotowując się do nagrania Tajnego Odcinka Gradania przejrzałem listę posiadanych gier. Nie ma mnie w pobliżu szafki, nie mam więc jak po prostu na nie spojrzeć – dlatego muszę posiłkować się listą.

Uderzyła mnie jedna rzecz – nie zagrałem jeszcze w nic, co przyszło mi po wsparciu na platformach dla idealistów (bo przecież na Kickstarterze wspieramy ideę, a nie kupujemy produkt). Większości nawet nie sprawdziłem czy jest kompletna. Czegoś mi tam brakuje w Escape, ale czego dokładnie to w sumie nie wiem. Nawet Zamki Króla Ludwika, które miały mało elementów dodanych, ostatecznie nie trafiły u mnie na stół. Denerwuje mnie dodawanie kolejnych elementów jako progów – bo to później trzeba liczyć, bo to jest pakowane w woreczki, naklejane na pudełka, dorzucane obok. Nie podoba mi się to, nie jestem w stanie zmusić się do przeliczenia.

Drugą rzeczą jest to, że nawet jeśli byłem na grę super nakręcony – to ona przychodzi za, średnio w moim wypadku, półtora roku. Po takim czasie to ja nawet nie pamiętam co to było, czemu chciałem w to grać. Gra trafia więc na półkę. Jeżeli mam bowiem rozpakowywać grę z mnóstwem dodatków, w którą póki co niespecjalnie mi się chce grać – to nie chce mi się też rozpakowywać. Zwłaszcza że do sensownego popakowania w woreczki przydałaby się lektura instrukcji – bo inaczej to mogę po prostu podzielić żetony po kształtach.

Inną rzeczą jest jakość rozgrywki – ten element waży tylko w przypadku reedycji, nowych wydań, polonizacji etc – czyli wtedy, gdy można to było sprawdzić wcześniej. Dlatego wsparłem Zamki (ograłem wcześniej solidnie), dlatego wsparłem Ucieczkę (od dawna i uznana, najwyżej sprzedam w folii z niewielkim brakiem). 2 lata temu Windziarz zdobył na Essen nieco dramatycznie słabych gier (Velociraptor! Cannibalism!, jakieś-coś-o-aztekach), które były kickstarterowane. Dość popularnym poglądem jest obecnie, że wielu grom z Kickstertera brakuje procesu rozwijania produktu. Z drugiej strony mamy sprawdzone gry, które jednak nie są popularne, więc ich kampanie wyglądają jak opuszczone plany zdjęciowe westernów (np. Akademia giermków).

Marketing jest w kampaniach kolejną rzeczą, która mnie zniechęca. Nijak ma się do jakości gry, a w znacznej mierze decyduje o sukcesie.

Kolejna rzecz – dostępność gier. Jeżeli coś jest wydane przez finansowanie społecznościowe, to tak właśnie kupowana jest większość egzemplarzy tego tytułu. Kiedy więc okaże się dobry – to już go nie ma. No chyba że jest crapem, wtedy przez pewien czas da się kupić. No ale wówczas nie ma po co. Problemem, który się z tym wiąże, jest niechęć wydawców do takich tytułów. Globalizacja sprawiła, że (obstawiam) większość gier finansowanych społecznościowo trafia na Kickstartera. Często są one EU-Friendly, czyli wysyłane bez dodatkowych opłat do krajów Unii Europejskiej. Kiedy więc gra zarobiła już ten milion dolarów, to jej wydawca nie robi drugiej kampanii. Albo uznaje, że rynek się nasycił, albo próbuje uderzyć do wydawcy. Dodruki się oczywiście zdarzają, ale, znowu z moich obserwacji – nie jest to reguła. Taki ktoś uderza więc do zwykłego wydawcy. Ten patrzy na tysiące sprzedanych kopii i jednak pozostaje sceptyczny – bo ten podekscytowany, nakręcony i robiący samodzielnie marketing klient już kupił, została więc sama żmudna robota sprzedawania „końcówki” nakładu.

Mamy więc dobre gry, które po developingu mogłyby być lepsze. Ale nie będą, przynajmniej nie przez pewien czas, bo wznowienie z innymi zasadami zdenerwuje oryginalnych nabywców. Gry, które „trzeba było kupić rok temu”, bo teraz są nie do dostania. Im większy sukces niezależnego wydawcy na Kickstarterze, tym mniejsza szansa na dodruk u zwykłego wydawcy. Gry, które są okrutnie słabe, ale marketing skusił na nie wiele osób. Wreszcie – gry, które mogą być dobre, dopracowane i wypromowane sprawiedliwie. Ale które były interesujące 2 lata wcześniej, a teraz przyszły obwieszone dodatkami jak choinka. Dodatkami, które trzeba policzyć, których trzeba pilnować, ale które i tak nie zmieszczą się w pudełku. Czego natomiast nie mamy? Nie mamy dobrych gier, których wydawcy w marketing umieją mniej niż w robienie gier. Ale którzy to są – tego się nie dowiemy, bo pewnie też wydawcy nie walą drzwiami i oknami do autorów, którzy polegli na Kickstarterze.

Stare, dobre czasy nie zyskały tego pozytywnego przecież określenia przypadkiem. Niektóre rzeczy naprawdę były wtedy lepsze. Na przykład jeśli nie istniały.

  • Adam Badura

    A co z dodrukami jako taki projekt? Pozwala w miarę bezpiecznie sprawdzić zainteresowanie i pozostały popyt, bez wykładania pieniędzy z góry. Podobnie lokalizacja istniejącej już gry. Przy czym to oczywiście perspektywa wydawcy, a nie klienta.

    • kwiatosz

      To się wtedy robi taki „druk na zamówienie” jak Galakta ma/miała swego czasu. Nie wiem, przy dodruku wydaje mi się, że wydawca już powinien wiedzieć czy gra się sprzeda, czy też nie – i wtedy sama przedsprzedaż wystarczy.

      Natomiast lokalizacja – z jednej strony mamy dzięki temu grę, której moglibyśmy nie mieć. Ale na dłuższą metę mamy różne produkty dla różnych kupujących wtedy. Wspierający mają inną zawartość pudełka niż kupujący później w sklepie (chyba że sklep kupił pakiet). Późniejszy ewentualny dodruk pojawi się pewnie bez tych elementów. Ja jednak wolę podejście „zrobiliśmy grę, zachęcamy do kupienia” niż „Kupcie teraz, jedna karta więcej gratis, a później już w ogóle nie kupicie”.

      • Adam Badura

        Idea crowdfundingu podoba mi się. Szczególnie jako sposób dla kogoś (wydawcy), kto nie może bądź nie chce zaryzykować wydawania za własne, bez pewności popytu.

        Ale! Dopiero co sam wziąłem udział pierwszy raz (Pola Arle i Steamworks), więc może ciągle jestem „na high’u ekscytacji” i kilka projektów później inaczej to już będę oceniał.

        Inna sprawa, że mnożenie wersji i promocyjnych dodatków też mi się nie podoba. Z perspektywy klienta, który zechce grę kupić później. Wtedy pierwiastek kolekcjonera nie da mi spokoju, że przecież jest sobie taka wersja, która ma bonusową kartę. 😉

        • kwiatosz

          Perspektywa wspierania w Polsce jest też nieco inna – wsparłem tak dwie rzeczy (Rycerzy Pustkowi i Zamki) – nawet jak coś jest nie tak, to jest szybki kontakt i wszystko da się wyjaśnić. Ale zamawianie zza oceanu, gdzie jest dużo więcej oryginalnych gier, ma taki kontakt nieco utrudniony, a i odsetek gier nadających się tylko na makulaturę jest wyższy.

  • Mark Laskowski

    Świetny pomysł na wpis! Ja myślę że tutaj trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę – modę na crowdfunding. Wiele gier które spokojnie zostałyby wydane tradycyjną metodą lecą na kickstartera/wspieram.to właśnie z tego powodu – łatwiej je zareklamować, łatwiej przebić się w gąszczu informacji. Miecz ma dwa ostrza i za jakiś czas ta bańka może też pęknąć i wrócimy do starych dobrych czasów 😉

    • kwiatosz

      Z jednej strony jak najbardziej zgadzam się z marketingowym efektem mody (na przykład wydania Queen). Z drugiej jednak strony jest przykład (przykry dla mnie osobiście) Akademii giermków, która jest dobrą grą, ale w ogóle się nie funduje. Pokazuje on, że nad marketingiem gry wydawanej za pośrednictwem wsparcia też trzeba się ogromnie napracować. Ja sam, powiem szczerze, nie doceniałem ile to wymaga tak naprawdę pracy dopóki nie zainteresowałem się tematem z jednej strony człowieka prowadzącego kampanię Scythe (ma on już kilka świetnych kampanii na swoim koncie), a z drugiej gier, które powinny w zasadzie same się sprzedawać, a jednak średnio im to poszło.

      • Mark Laskowski

        Ilość pracy jest ogromna, to fakt. Ale wydaje mi się że recenzenci/portale/odbiorcy mają inne, bardziej przychylne spojrzenie na takie gry niż wydawane metodą „klasyczną”.
        To jest ogólnie ciekawa zależność – niektóre gry faktycznie fundują się prawie „same”. Aczkolwiek uważam że Akademia nie jest zbyt dobrym przykładem bo chłopaki z Czacha Games moim skromnym zdaniem idą na ilość projektów a nie jakość reklamy i ogólnego rozgłosu każdego z nich.

        • kwiatosz

          „Ale wydaje mi się że recenzenci/portale/odbiorcy mają inne, bardziej przychylne spojrzenie na takie gry niż wydawane metodą „klasyczną”.” – hmm, w sumie może tak być. Jest wtedy większe poczucie, że to faktycznie my (w rozumieniu np. recenzentów) wpływamy na sukces tej gry.
          Samą Akademię wybrałem jako przykład bo po prostu o niej wiem na 100%, że jest dobrą grą, a przy tym wręcz spektakularnie niewspieraną – z racji sporadycznego wspierania nie jestem dokładnie zorientowany w lepszych przykładach 🙂

          • Marcin

            Jeżeli chodzi o Wspieram.to, to myślę, że osoby wspierające rekrutują się głównie z planszówkowych geeków, takich co to czytają BGG i dobrze się orientują co interesującego wydaje się na świecie. Czytają recenzje, oglądają przykładowe rozgrywki i oczekują polonizacji naprawdę dobrych tytułów.
            Dobrym przykładem jest słabe Pocket Imperium, które ufundowało się w bólach, podczas, gdy Tiny Epic Galaxies zrobiłoby pewnie 200% w 3 dni. Co do Akademii Giermków, która ma niezłe oceny na BGG, to zwracam uwagę, że to gra praktycznie bez zależności językowych. Takie gry kupuje się u nas bez problemu w wersji angielskojęzycznej i wydawanie tego przez Wspieram.to jest chyba nieporozumieniem.

  • Filip Grochowina

    Ciekawy tekst „podprogowo” promujący akademie giermków.
    Aż zapoznalem się z kampanią – jestem na nie, choć ziarenko zasiane 🙂

    • Marcin

      Dla mnie, graficznie jest nie do przełknięcia.

      • Windziarz

        A ja uwielbiam Piero. Tu można zerknąć na inne jego prace http://pierosurlalune.blogspot.com/

        • Marcin

          Nawet nie chodzi o Pierro, moim zdaniem projekt planszetek jest zepsuty, dominuje mocna grafika tła przez co nie sposób od razu zorientować się co się dzieje na całej planszy a wtedy taka gra szybko męczy. Tory punktacji powinny być czytelne a grafiki Pierro np. tylko w środku.

    • Windziarz

      Raczej wprost 🙂

  • Omnibus

    Jakkolwiek też uważam, że kickstarter może po części przyczyniać się do psucia rynku, tak zarzuty Autora uważam, za wyssane z palca problemy pierwszego świata. Wina Kickstartera, że Autor nie gra w gry które kupił/nie chce mu się liczyć elementów/musi poczekać, aż gra się wyprodukuje? To tak poważnie?

    „Gry, które są okrutnie słabe, ale marketing skusił na nie wiele osób.”

    Problem osób, które pozwalają sobie wypieprzyć swoje ciężko zarobione pieniądze w marketing, a nie grę. Nie dotyczy konsumentów o minimum racjonalnego podejścia do sprawy, a także nie samego kickstartera.

    „Kolejna rzecz – dostępność gier. Jeżeli coś jest wydane przez finansowanie społecznościowe, to tak właśnie kupowana jest większość egzemplarzy tego tytułu.”

    Cóż za problem? Niech Autor sam się pofatyguje i wyda randomową grę z kickstartera, w nakładzie przeciętnej sztandarowej gry FFG/CMON. Będzie dostępna.

    A to z tym, że nie organizuje się drugich kampanii/ dodruków to też uogólnienie, bo takowe są.
    A tak z innej beczki, pamięta może Autor ile lat temu wychodził Rogaty Szczur do CitOW? Bo już czekam i rachubę straciłem, bo mnie tak rozpieszcza wydawca (w tej roli nasze ukochane FFG) i wydawca na kraj (Jeszcze ukochańsza Galakta, o której jak dowolny gracz chociażby LCGów u nas słyszy, to ma ochotę podłożyć ogień pod ich biurem )…

    Pewnie Autor mi nie policzy, bo prawdopodobnie jest szczęśliwym RS posiadaczem, więc ma ten komfort (jako posiadacz jednej z kilku kopii PL) i może do woli chwalić blaski wydawania gier normalnymi metodami.
    „Taki ktoś uderza więc do zwykłego wydawcy. Ten patrzy na tysiące sprzedanych kopii i jednak pozostaje sceptyczny – bo ten podekscytowany,nakręcony i robiący samodzielnie marketing klient już kupił, została więc sama żmudna robota sprzedawania „końcówki” nakładu.”

    A to już wogóle bujda na resorach. Jeżeli gra z kickstartera siadła, community chwali, ale nakład wysechł, to jest to kapitalna sytuacja na dodruk, który pewnie zarobi drugie tyle co pierwsza fala. Ile razy widziałem całą stronę gry na BGG zajętą przez tłumy ludzi domagających się dodruku. W tej sytuacji jeżeli wydawca jest sceptyczny, to zarobi ktoś inny, a on sam jest do d…y wydawcą po prostu.

    „Ale którzy to są – tego się nie dowiemy, bo pewnie też wydawcy nie walą drzwiami i oknami do autorów, którzy polegli na Kickstarterze.”
    Jak sam Autor raczył zauważyć, community kickstartera łyknie każdą grę na niego wrzuconą.
    Jeżeli jednak nie, to dla takiej gry naprawdę nie ma już ratunku i wydawca nie ma czym się interesować.

    • kwiatosz

      Nie wiem czy słuchałeś BGInsider, strzelam że nie, na temat dalszych wydań Kickstartera – i wydawcy zgadzają się generalnie, że kickstarterowana gra nie ma za bardzo szans znaleźć wydawcy. I „tłumy BGG” już nieraz spowodowały, że gra zalegała na półkach – bo tych kilkunastu/dziesięciu geeków faktycznie kupiło, ale poza nimi – w zasadzie nikt. Dlatego chociaż Buonocore mówi, że do reprintów patrzy na ceny na eBayu, to jednak jakoś nie do końca to działa – bo to, że niektórzy płacą krocie wcale nie musi się przełożyć na sprzedaż masową.

      Co do końcówki nakładu – a jakie są przykłady takich gier? Bo ja dogłębnego riserczu nie zrobiłem, czego nie ukrywam, ale jakoś nie pamiętam za bardzo powtórnych kampanii czy dodruków.

      Natomiast Szczura mam, kupiłem z rok po premierze bodajże, czy nawet później, i nie było z tym problemu – bo był wydrukowany w takiej liczbie egzemplarzy, że spokojnie wystarczało. A że gry robią się OOP? No to oczywiste, jak z każdym dobrem, którego nabywa się fizyczną kopię, więc nie widzę tutaj żadnej przewagi Kickstartera, a raczej jego wymienioną wadę. Czym innym jest programowa niedostępność od razu po wydaniu, a czym innym koniec nakładu.

      • Omnibus

        Z re-edycji kickstarterowych to tak chociażby: Cthulhu Wars (Trochę tu naciągam, bo to bardziej tak, że w retailu gry nie było już wogóle, ale Twórcy pozwolili nam kupić pierwszy druk podstawki z magazynu z wydrukowaną erratą niektórych rzeczy i lepszej jakości torem czegoś tam+ akurat od progu podstawki zaczynało sie dostawać stretch goale), Albion’s legacy, kupa rethemów Coup, Xenoshyft Onslaught, Evolution… Ciężko policzyć faktycznie, bo czasem nie da się określić, na ile to reedycja, a na ile Kickstarter dla dodatków. Trochę słyszałem o grach „pierwotnie wydanych kickstarterem” ale nie umiem sobie teraz przypomnieć o które chodziło.
        No pewnie, że wyczerpany nakład to żadna przewaga kickstartera nad wydawcami. Sprawa wygląda podobnie i tu i tu. Z „programową niedostępnością” to różnie, zależy od skali gry i wielkości sumy ufundowanej. Są ludzie, którzy wspierają tylko po to by sprzedać po fakcie. Ładnie sobie liczą na ebayu, ale kupić się da. Zawsze można też liczyć, że wydawca jednak rzuci nakład podstawki np. przy kampanii dla dodatku. Jeżeli oleje nas twórca, to jesteśmy tak samo w lesie jeśli nie wsparliśmy kickstartera/ nie kupiliśmy gry szybko po wydaniu.
        Udane kampanie na KS to rzeczy idące na cały świat, więc ciężko oczekiwać, że nakład będzie długo trwał.
        A z tym Szczurem to tak go wystarczało, że teraz żebrzą o niego nawet na forum galakty. Której nie interesi zainteresowanie ogólnonarodowe i wypuszczenie reprintu przez FFG w tym roku. po części dlatego, że nie bardzo u nas jest sposób by większa grupa ludzi mogła wyrazić to zainteresowanie. Wiele gier trzeba kupić rok po premierze. Życie.
        Nie słuchałem BGInsider, ale przykład odnosił się do popularnej gry o której jest głośno i której skończył się nakład, a nie „kilku nerdów kupiło i gra leży na półkach”.

        • Marcin

          Mamy jeszcze edycje już wcześniej znane i lubiane jako print & play jak np. świetne Deep Space D6

        • kwiatosz

          Znaczy to nie jest tak, że ja mówię „szczura było tyle, że powinno wystarczyć na zawsze” – ale ten dodatek wyszedł 2011, nie jest więc bardzo dziwnym, że po 5 latach już go w sklepach nie ma. A z dodrukami FFG bywa problem, Cytadela dodrukowywała się z 5 albo 6 lat.

          Ja tak przegapiłem natomiast XIA – nie miałem pojęcia, że było do wsparcia, a później kosztowało 150 funtów. Teraz widzę, że staniało do 75 (bo sprawdziłem na potrzeby dyskusji), więc może się pojawił jakiś dodruk, bo cena podobna do wersji kickstarterowej i zamiast gadać może powinienem kupować, bo są 4 sztuki 😉

          Luźna uwaga o print and play a propos komentarza poniżej natomiast – odkąd kupiłem Dark Moon, które było znanym i lubianym p&p, to ja się nawet bardziej boję o jakość takich gier niż kickstarterowanych. Ale to mój osobisty zawód pewnie, bo niektórzy chwalą.

  • Paweł Stelmach

    Piszesz:”nie zagrałem jeszcze w nic, co przyszło mi po wsparciu na platformach dla idealistów”.
    Czy możesz napisać co czeka na ogranie? Ciekaw jestem czy może w kolejce są jakieś dobre gry.

    Z mojego doświadczenia z kolejki zarówno kickstarterowej jak i ze sklepu — w każdej są gry lepsze i gorsze. Kiedy przyszedł Blood Rage, Arcadia Quest czy Above and Below, to opóźnienie względem ufundowania nie miało wielkiego znaczenia – i tak z mojej strony zwykle jest efekt niespodzianki i zainteresowanie, bo nigdy nie jestem pewien kiedy dokładnie gra przyjdzie. Szczególnie Above and Below było ogromnym zaskoczeniem, bo wiadomość o wysyłce dostałem później niż samą grę.

    • kwiatosz

      Rycerze Pustkowi oczekują, Zamki Ludwika, Escape Bix Box i to coś, co z Escape przychodziło (Mammoth? Jakoś tak). Obecnie raczej nic nie mam wspartego oczekującego na wysyłkę, a przynajmniej nic takiego sobie nie przypominam.

      • Paweł Stelmach

        Osobiście ta lista nie wydaje mi się reprezentatywna dla kickstartera – zamki (eng) i escape pojawiły się najpierw w normalnej dystrybucji, a wersja polska i zgromadzenie dodatków w big box wg mnie niewiele zmienia.
        Moja historia względem tych tytułów (lub ich zamienników :P) jest podobna – Suburbia była fajna, jak zagrałem na konwencie, ale we własny egzemplarz (sklepowy) jest już ciężej zagrać. Escape jest rewelacyjne, ale dodatki trudno mi jest wprowadzić, gdyż zwykle gram rodzinnie, raz na 2 miesiace i nikt z rodziny nie chce wprowadzać nowych elementów – ostatecznie więc gramy coraz rzadziej, bo mam przesyt podstawki.

        Rycerze pustkowi? Nie znam dokładnie, zauważyłem dopiero w sklepach, nie wydało mi się wzbudzajace zaufania – nie kupiłem i pewnie bym nie wsparł.

        Mammoth – to gratis, który osobiście wrzuciłbym do kategorii łaczonej wymiany z mathandlu czy nietrafionego prezentu na święta od rodziny, która nie zna się na grach. Jest powód dlaczego Queen Games wrzucaja takie gry jako gratisy do innych gier.

        Koniec końców, raczej bym uważał z ferowaniem wyroków opierajac się na przypadkach gier, które wymieniłeś – raz ze względu na liczbę, dwa ze względu na niewielka różnicę względem oferty sklepowej – stad, według mnie, będacej słabym argumentem w dyskusji rozróżniajacej kickstartera i sklep.

        Jeśli miałbym wskazać u siebie głównego winowajcę dla czekania gier na półce, to nie kickstarter, a po prostu zbyt duża liczba gier i zderzenie z rzeczywistościa, która nie pozwala mi grać tyle ile bym chciał. Ta rzeczywistość to z jednej strony moja praca, a z drugiej niedopasowanie wyobrażeń do potrzeb / chęci / dostępności żony, znajomych i rodziny (dla nich nie wystarczy, że gra jest świetna, kiedy świetnych gier jest 50 do wyboru).

        • kwiatosz

          Rycerzy wsparłem od razu po ukazaniu się kampanii, bo do Badger’s Nest i ludzi za nim stojących mam duże zaufanie po ich wcześniejszych tytułach, no i wiem że to są klimaciarze 🙂

          Jakby Blood Rage był od razu w sklepach to bym pewnie kupił – a tak to nie kupiłem, bo w sklepach jest inna wersja, zaczęły pojawiać się opinie zniechęcające ludzi, których osądowi ufam – no generalnie z Godfatherem pewnie nie będę miał dylematu i po prostu kupię – bo nie będę musiał się upewniać, czy jednak wersja sklepowa nie jest z automatu gorsza.

          Natomiast co do Suburbii – to u mnie standard, nawet pisałem o tym swego czasu. Dopóki gry nie mam – to gram w nią sporo. Po kupieniu przeważnie już nigdy się nie udaje – a jeśli już, to i tak nie w mój egzemplarz.

          Jestem fanem teorii Barry’ego Schwartza, że duży wybór prowadzi do zmniejszenia poczucia szczęścia. Jeżeli miałbym podstawkę Escape to bym pewnie zagrał – a jak mam z wieloma dodatkami to czy będę miał przekonanie, że gram najfajniejszą wersję przed przed przetestowaniem wszystkich kombinacji? Raczej nie – więc nawet nie zaczynam… (swoją drogą bardzo polecam wywiad z tym panem: http://wyborcza.pl/magazyn/1,145323,18112084,Ksiaze_z_bajki_cie_wykonczy.html?disableRedirects=true)

          • Paweł Stelmach

            Widzisz, akurat zgadzam się ze wszystkim co napisałeś w tym komentarzu.
            Z głównym postem nie w całości (z powodów, które wspomniałem wyżej), ale jeśli doprowadził do tych komentarzy, to też dobrze 🙂
            Generalnie dotknąłeś naszych geekowych problemów kolekcjonerów (i ludzi kierujących się hypem, choć pewnie żaden z nas nie chce dać się wodzić za nos, ale jakoś zwykle tak wychodzi):
            – musimy mieć wszystko (albo inaczej: źle nam, jeśli gdzieś w świecie jest bogatszy wariant gry niż nasza – nawet jeśli nasza jest wystarczająco grywalna)
            – lubimy mieć poczucie, że kupiliśmy grę w dobrej cenie (co wiąże się pośrednio ze stosunkiem ilości do ceny – np. cena na kickstarterze może być podobna lub nawet nieco wyższa, ale jeśli jest tam tona stretch goali, to wartość tego produktu rośnie względem sklepowej i kupując w sklepie czujemy się trochę kantowani; tylko że prawdziwa wartość jest trudna do uchwycenia, gdyż w efekcie czasami na kickstarterze płacimy więcej za masę dodatków i nieskończoną regrywalność, której nigdy nie zweryfikujemy, bo osoba, która kupiła w sklepie podstawkę mogła zapłacić mniej i zagrać więcej niż my w wersję na bogato)
            – …

            i tak dalej – reszty nie piszę, bo jest to dobrze podsumowane w Twoim komentarzu i wskazanym artykule.

            Ostatecznie sądzę, że to nie jest problem z kickstarterem, tylko ze skrajnymi kolekcjonerami. Kickstarter po prostu uwypukla pewne przypadłości. To jak z alkoholem – sam w sobie nie jest zły, chyba że jesteś alkoholikiem.

  • Michał

    Wsparłem dwa projekty: jeden na kick’u (Mare Nostrum) i jeden na wspieram.to (Roll for the Galaxy) – i wystarczy. Dlaczego? Otóż ze względu na opóźnienia – uważam że rok który minie od momentu wpłaty na Mare… to ZDECYDOWANIE za długo, Roll… też już „poinformował” o opóźnieniu. Wolę „obrócić pieniędzmi” z tym czasie kilka razy – kupić grę, pograć, sprzedać , następną itd. chyba, że któraś spodoba się na tyle, by poświęcić jej miejsce stałe na półce. Oczywiście wiem, że takie nastawienie nie jest dla kolekcjonerów makulatury półkowej (bo nie grana gra nie jest niczym innym). Całe szczęście , ten okres mam za sobą i gier nie granych z różnych przyczyn pozbywam się bez skrupułów.
    A więc nie, kick nie jest złem, jest po prostu źródłem tańszych zabawek, z którego już nie będę korzystał.

  • Sebastian Marzec

    Kickstarter na bogate gry, To ze Ty kupujesz gry zeby sie kurzyly to Twoj problem.
    Idiotyzm to wspieramto gdzie polskie cebule robia gry na licencji znikomy wklad wlasny, byle nakosic. Tysiace korekt bo blad na bledzie, niegrywalne, slabe komponenty, papier jak srajtaśma, potem tylko masowka na sprzedam.to 😀
    nie spotkalem sie ani z 1 dobrym produktem wlasno-zrobionym, a jedynie odgrzewane pół surowe kotleta dla zbicia kapusty.