Granie to takie danie

Przebywając czasowo na emigracji człowiek odkrywa różne rzeczy, na które siedząc w domu by nie zwrócił uwagi. Część osób mówi, że podróże kształcą (zwłaszcza Windziarz, który wypodróżował więcej w realu niż ja wygalopowałem wyobraźnią), część mówi, że kosztują. Zgadzając się oboma stwierdzeniami dziś o wykształceniu we mnie poglądu, że podróż kładzie się cieniem także na przyjemności grania.

Opublikowaliśmy niedawno Top 10 najlepszych gier według Gradania (wpis swoje odleżał, co widać chociażby po tym zdaniu). Dellas skomentował, że nie spodziewał się takiej ilości klimatu na listach Ciuńka, Windziarza i Inka oraz takiej sucharowatości na mojej liście. Zacząłem się nad tym zastanawiać. Pierwszym moim spostrzeżeniem, z którym popularna psychologia się nie kłóci jest to, że ludzie wnioskują o swoich postawach na podstawie swoich działań. Natomiast my poszliśmy nieco pod prąd, bowiem gramy w ciut co innego niż prezentujemy w naszych krótkich nagraniach. Znaczy się – powstaje nadreprezentacja. Albo lepiej – opinie się polaryzują.

Żeby walczyć o jakąś sprawę warto w nią wierzyć. Ja wierzę, że warto grać w gry o czymś więcej niż przesuwanie kwadratów po kółkach. Chłopaki wierzą natomiast, że gimnastyka mózgu w suchszym środowisku sprzyja intelektowi. Nawzajem też wierzymy w takie stwierdzenia, jednakże 30 minut odcinka to zdecydowanie za mało, żeby móc przekazywać skomplikowane postawy. Potrzebny jest jasny pogląd: euro złe, ameri dobre, alkohol zabija prawdziwego mężczyznę. Stąd mam wrażenie wzięło się takie nasze spolaryzowanie, które jednak tak naprawdę istnieje bardziej w strefie deklaratywnej niż wykonawczej. Jako że gramy ze sobą co 7 miesięcy, a niektórzy co tydzień, to siłą rzeczy trzeba siadać do tych samych tytułów (no chyba że z Inkiem w TTA, wtedy pobocznie można grać co innego). Tak naprawdę gramy więc we wszystko. Stwierdzenie Inka „Każdą grę zagram chociaż raz” jest faktycznym poglądem kierującym graniem.

To było spostrzeżenie drugie, dalej jednak nie najgłębsze. Nie mogę zatrzymać się tak płytko – to zresztą jest powodem, dla którego mało kto tęskni za kolejnymi partiami ze mną w Codenames. Dalsze spostrzeżenie jest natury ogólnej, życiowej, takiej że Szopen wstaje na pomniku od fortepianu i słucha z powagą w sercu i łzą w oku.

Mówi się, że gry planszowe to hobby towarzyskie. Czasem mówi się tak, bo kiedyś nas o to zapytało radio, a teraz już nad nową odpowiedzią nie chce nam się myśleć. Czasami mówi się tak, bo ma się mniej lub bardziej ważkie doświadczenia w tej materii. Ja mam teraz doświadczenia bardzo solidne.

Prawda okazuje o towarzyskości okazuje się sprawdzać dużo lepiej niż śmiałem podejrzewać przed emigracją. Wcześniej było tak, że z jednymi grało mi się lepiej, z innymi gorzej. Poglądu, że Spartacus świetną grą jest, broniłem jak lew, jak urząd skarbowy niekorzystnej interpretacji podatkowej. I dalej będę bronił. Ale już wiem, że jest świetny grany w doborowej ekipie. W poznanej ekipie, kiedy wiemy na co można sobie pozwolić z uszczypliwościami. Teraz już wiem, że wolę grać w średnią grę z dobrą ekipą niż w świetną grę ze średnią ekipą. Gry w zasadzie się nie bronią same z siebie (przypominam moje zawołanie rodowe: „No Han! No Solo!”), bronią się w połączeniu z ekipą.

Wracając do tematu głównego tego wpisu. Czemu podobają nam się nie tylko gry, które pochodzą z gatunku w imieniu którego uprawiamy szermierkę słowną? Bo gramy w ekipie, w której po prostu bardzo dobrze się gra. Podobają się nam rzeczy, w które dobrze nam się grało razem lub w innej, dobrej i znanej ekipie. To prowadzi też do odpowiedzi na pytanie Miga – „Czemu na liście zbrakło Nexus Ops?”. No bo, kurczę, nie gram w to tyle co powinienem. Czy jest to przyczyną, czy może skutkiem – tego nie wiem. Ale wiem, że z Nexus Ops nie mam doświadczeń pozwalających wrzucić go do Top 10.

Ten sam efekt działa też w drugą stronę – na wygnaniu bardzo wspaniale gra mi się na przykład Telestrations (recenzja w końcu powstanie, zbieram się już 4 10 miesiąc), czy Zapraszamy do podziemi, za to fatalnie grało mi się One Night Ultimate Werewolf. Ale czy te gry będą miały taką samą opinię jak wrócę do Polski i zmuszę do partyjek w nie współgradaczy? Tego nie wiem, ale strzelam, że pewnie niespecjalnie.

Przynajmniej tak mi się wydaje. Na obczyźnie te same gry smakują mniej. Ale nie narzekam, bo kupuję nieco inne i w nie gra się świetnie, jak chociażby Telestrations czy Santiago. W końcu muszę coś o tym skrobnąć 🙂 (kolejny dowód na to, że wpis powstawał od jakiegoś czasu, recka Santiago wisi już od dawna)

Edit: opublikowałem niechcący pod jednym z tytułów roboczych. Ale już tak zostawię – chodziło mi w tytule o to, że tak jak niektóre restauracje wpływają na odbiór smaków poprzez zmianę otoczenia, tak granie postrzegam jako właśnie takie danie serwowane w takiej restauracji. Teraz nie mogę znaleźć linka do tej knajpy, ale jeszcze będę walczył. Może ktoś podpowie – tam się w niewielkim pomieszczeniu, do kolejnych dań zmieniają się rzeczy wyświetlane na ścianach, zmieniają się dźwięki i zapachy. No i tytuł nawiązuje do piosenki „Praca spawacza mnie przeistacza”, do wglądu poniżej:

  • Łukasz Wysocki

    Może mi umknęło, może to kwestia tego, że kawy jeszcze nie dopiłem, ale… co wspólnego z tym wszystkim ma IT Crowd??? O___O

    • kwiatosz

      To się dzieje w UK, gdzie przeżywam swoje boje, Moss prowadził program o planszówkach, na półkach mieli gry planszowe, grali też w erpegi, Przede wszystkim jednak – byli ekipą, która czyniła pracę w IT fascynującą rozrywką, to właśnie ekipa była w tym serialu najważniejsza 🙂 (pewnie, można się kłócić, że w każdym jest ważna, ale na tyle uwielbiam ten serial, że pozostaję głuchy na argumenty 🙂 )

      • Łukasz Wysocki

        Fair enough. Po prostu to nie było moje pierwsze skojarzenie 🙂

  • Ink

    Cały czas nie wiem, jak to się stało, że jestem zaliczany do antyklimaciarzy, zupełnie wbrew wewnętrznemu memu poczuciu. Ani chybi… obracam się w niewłaściwym towarzystwie.

    • kwiatosz

      Bo piszesz długie, analityczne recenzje, od tego nie uciekniesz 😉