Jest klimat, nie ma fabuły

Zagrałem ostatnio na Lubelskich Dniach Fantastyki w szykowanego przez FGH Obcego (czy też „Nieznajomego z Ostromo” w związku z potencjalnymi kosztami licencji ;)) i wyszło na jaw, że ja Obcego nie oglądałem (oprócz Prometeusza, ale to już dyskutujcie z KubąP czy to Obcy, czy jednak już nie Obcy) – a przynajmniej nie w moim świadomym życiu. Czyli pamiętam palenie miotaczem ognia czegoś na Polsacie, ale to tyle.

Gra zawiera tajne cele, które gracze mają spełnić. Bardzo szybko Ciuniek przypisał konkretne zadania np. do sługusa korporacji z filmu. No i tu się pojawił problem – na podstawie ogólnodostępnej wiedzy o Obcym potrafię bez problemu wczuć się w klimat, na podstawie bardzo jasnego określenia archetypu „sługus korporacji” też doskonale wiem o czym mowa – ale jednak nie potrafię temu wrogowi (bo ja akurat dbałem o statek) przypisać konkretnej twarzy. W samej partii nie miało to znaczenia, atmosfery zaszczucia to nie zmniejszało, ale kurczę, zazgrzytało mi, że klimaciarz pokroju kwiatosza nie zna tak kanonicznego uniwersum.

Nastroiło mnie to do przemyśleń nad naturą implementacji atmosfery w grach. Często na forum padają, pewnie także z moich palców, argumenty, że fajnie obejrzeć Battlestar Galactikę przed graniem w planszówkę, bo daje to więcej radości. Kurczę, ale czy naprawdę? BSG ma sensowną mechanikę, samo w sobie jest tak angażujące i radujące, że znam kilka osób, które serialu nie widziały, a bawią się przy grze świetnie. Oczywiście osoba znająca serial wie, że „o, ten kryzys to był faktycznie, zrobili to i to”, ale z drugiej nijak to na rozgrywkę nie wpływa – bo niespecjalnie możliwe było wprowadzenie takiego sposobu rozwiązywania kryzysów, który za odgrywanie serialu ułatwiałby jego pokonanie (a przynajmniej przy ograniczonej ilości czasu na to poświęconego, bo mając 5 lat pewnie by coś opracował ;)). Na wielu płaszczyznach to by po prostu nie współgrało z mechaniką – w końcu cylonem może być każdy, a w serialu jednak nie każdy był (przepraszam za spoiler).

Firefly to kolejna z osadzonych w czymś konkretnym gier, w które ostatnio zagrałem. Oczywiście jestem fanem serialu, niemniej przed partią nie oglądałem go już ze 2 lata. Mam tę przypadłość, że zapominam 95% fabuły, a przypomina mi się ona w trakcie oglądania, mniej więcej na trzy minuty przed danym wydarzeniem. Pierwsza partia była całkiem sympatyczna – tu polatane, tam pośmigane i poszło. Przed drugą partią jednak cały serial miałem już na świeżo przypomniany – i nagle kartonowy świat ożył. Wiem dlaczego ktoś ma cechę „moralny”, każda postać na karcie kojarzy się z czymś konkretnym, a niektóre sprzęty, jak giwera Jayne’a, mają więcej przypisanej fabuły niż drugoplanowe postacie.

Najprostszym spostrzeżeniem jest oczywiście takie, że im prostsza gra, tym bardziej potrzebuje fabuły żeby zyskała głębię. Firefly tak naprawdę mechanikę ma dość „meh”, ale po połączeniu ze znanym i lubianym uniwersum ożywa. Ma też oczywiście bardzo fajne ulepszanie statków i rekrutowanie załogi, czyli to, co zrobiło z FTL jedną z lepszych gier (PC) w jakie grałem w ostatnich latach (wczoraj wyszła aktualizacja z nowymi sprzętami i rasą!), ale szczerze wątpię, czy na dłuższą metę ta gra by się broniła bez tematu. Ta sama ekipa zrobiła Spartacusa – tajemnicą nie jest że mi się okrutnie podoba, mimo że serialu nie zdzierżyłem (a próbowałem kilkukrotnie).

Drugie spostrzeżenie mam natomiast takie, że często to gra ubogaca jej fabularną otoczkę. Że to gra jest najlepszym, co może spotkać licencję filmową/serialową/książkową. Po pierwsze pozwala nam spędzić więcej czasu w uniwersum, potencjalnie tyle czasu ile chcemy – a książka czy film się kończą (czy też są zabijane, jak Firefly). Po drugie obejrzenie świata albo wyobrażenie sobie go to co innego niż podejmowanie ważnych decyzji (są one ważne, bo decydują o wygranej bądź porażce) w takich samych warunkach, w jakich byli bohaterowie. Albo zbliżonych, bo w sumie my przy BSG raczej nie umrzemy 😉

Wczoraj zagrałem w Listy w Whitechapel jako jeden z 3-4 policjantów (w trakcie partii jeden niespodziewanie ożył). Kuba, czyli Adrian, urządzał sobie z nas podśmiechujki (więc zamiast zatrzymania zadeklarowaliśmy dobicie), natomiast my się kłóciliśmy. Kurczę, ale jak się kłóciliśmy – na poważnie, przeniosło się to aż na partię Sunrise City. Przeważnie nie lubię się tak spinać, bo to partii uroku raczej ujmuje, nie jest przyjemne. Ale tutaj – jak już nieco ochłonąłem, to doceniłem, że Listy pobudzają do takich kłótni. Robią to dlatego, że mamy poczucie pojedynku umysłów. Nie jest tak, że Kuba znienacka ucieka. Możemy go pokonać stosując bezbłędną dedukcję i wytężając umysł – to sprawia, że nam zależy. Faktycznie po partii poczułem się, jakbym naprawdę ścigał typa, który niezłapany będzie dalej mordował. Naprawdę ważne było dopadnięcie go, każda ofiara zabita po momencie, w którym mógłbym go złapać na podstawie dowodów, ale przez nieudolność tego nie zrobiłem, obciąża moje sumienie. Powód kłócenia inny, ale późniejsze odczucia z partii – super. Nałożyło mi się to na oglądanie True Detective (bo to świeży temat), albo na dowolny serial o detektywach, gdzie mniejszość wykazuje się słuszną intuicję, ale jest zakrzyczana. My wiemy, że nasza koncepcja jest słuszna, a idąc w drugą stronę przegramy – ale innych jest więcej, więc musi być kompromis, który, jak wiemy, może zabić oba rozwiązania naraz. Listy mają konkretny klimat – ale zyskują „rykoszetem”, zyskują swoją ogólnością adaptowania stereotypowych wyobrażeń przygód filmowych detektywów.

Ostatni przykład pokazuje, że klimat może być też w zasadzie bez fabuły – wystarczy, że odwoła się do scenariuszy i schematów, które zaszczepiły nam przez lata telewizja oraz Hollywood. Walki gladiatorów popkulturowo mam zaszczepione (a że faktycznie to nie byli atletycznie zbudowani pakerzy, tylko raczej kolesie otłuszczeni celem ochrony mięśni przed ostrzami, nie burzy mi przyjemności popkulturowej masakry na arenie), natomiast stereotyp kosmicznego kowboja jakoś się nie utarł – potrzeba więc konkretnej podbudowy fabularnej do poczucia klimatu.

  • Łukasz Wysocki

    Nie do końca zgodzę się z tym fragmentem o BSG. O ile pudło podstawowe, ba, nawet Pegasus jakoś ładnie działają bez znajomości serialu, o tyle akcje, czy tam fragmenty mechaniki z Exodusa i Daybreak mogą powodować WTF na twarzy grającego, przez co albo taki nieznający fabuły osobnik oleje sprawę i będzie się bawił dalej, albo poczuje się zagubiony. Naturalnie, istnieje szansa, że wyolbrzymiam, bo za bardzo jestem przywiązany do serialu i mogę przeceniać jego wpływ na planszówkę x)

    • kwiatosz

      Z Exodusem grałem ze 2 razy, a Daybreaka jeszcze w ogóle, nie odniosę się więc merytorycznie, natomiast na pewno zwrócę na to uwagę przy następnej partii 🙂