W stopę zwrot!

Pojawił się ostatnio wpis Rafała o recenzjach. Odpisywałem komentarzem przez ostatnie pół godziny, postanowiłem dać jednak Disqusowi spokój i zrobić wpis. Nie powinienem z góry nastawiać czytelników wrogo, niemniej muszę na początku napisać, że godzinkę temu wróciłem po czterodniowym organizowaniu games roomu na Falkonie, więc nie wiem czy wszystkie niezręczności sformułowań uda mi się wyłapać i wytępić. Niemniej, zapraszam do lektury 🙂
(warto kliknąć w obrazek, bo w małej wersji wydaje się nijak nie nawiązywać do tekstu)

Rafał napisał, że przed napisaniem recenzji trzeba grę bardzo dobrze poznać. Z tym oczywiście nie będę polemizował, bo trzeba wiedzieć co się ocenia. Niemniej – jestem przeciwnikiem zbytniego rozgrzebywania gry w recenzji. Czasami bywa tak, że gra jest ewidentnie popsuta – wtedy oczywiście nie należy tego ukrywać. Częściej jednak strategia wygrywająca nie jest tak jasna i wymaga sporo testów do odkrycia (sprawa Few Acres of Snow chociażby) – do jej odkrycia i przetestowania trzeba naprawdę wielu partii, ba! często jest tak, że większość graczy w ogóle tego nie odkryje przed wyeksploatowaniem potencjału rozrywkowego gry. Napisanie w recenzji „hej, ujawnienie się w pierwszej kolejce i stawianie w każdym ruchu katapulty to najlepszy sposób na wygranie gry zdrajcą” moim zdaniem byłoby zbrodnią. Fajnie, recenzent ma święty spokój i czyste sumienie – gra jest w jakiś sposób zepsuta. Ale znam dziesiątki graczy, którzy nie wiedząc o tym sposobie sami go nie stosują – i świetnie się bawią. A stara internetowa prawda „what has been seen cannot be unseen” sprawdza się i tutaj – raz ktoś przeczyta i już z głowy tego nie wyrzuci. Tak samo strategia na samo złoto w Dominionie – dopóki gracze sobie grają na równym poziomie to jednak sporo kart jest kupowanych. Jak jedna osoba przeczyta tę poradę to nagle wszyscy zaczynają tak grać i Dominion wtedy trafia w kąt, bo na średnim poziomie umiejętności ciśnięcie samego złota faktycznie daje rewelacyjne wyniki. Dlatego moim zdaniem zadaniem recenzenta nie powinno być pisanie o konkretnych strategiach wygrywających (o ile nie są ewidentne). Wracając do Dominiona – u mnie w minusach na pewno nie znalazło by się stwierdzenie „odejmuję oczko za to, że granie na złoto psuje grę do czasu podszlifowania umiejętności” – napisałbym raczej „są strategie silniejsze, dlatego radzę grę ograć samemu przed sięgnięciem do porad internetowych”, bo jeżeli gracz sam odkryje nieoczywisty patent na grę to zupełnie co innego (i bardziej satysfakcjonującego) niż uzyskanie tego doświadczenia zastępczo.

Dlaczeo o tym piszę? Ponieważ moim zdaniem bardzo ważna jest stopa zwrotu wydanych pieniędzy na osobogodzinę zabawy. Ja jestem bliżej „jeżeli bawiłem się fajnie przez 3 partie to zakup był udany”, ale to continuum się rozciąga aż do „zagram 4 razy całe Campaign for the North Africa”, wtedy może uznam zakup za udany. Ja nie mam problemu z wystawieniem dobrej oceny grze, która wystarcza na kilka spotkań (jak Czarne historie), ale odbyłem już na ten temat wystarczająco wiele dyskusji, żeby wiedzieć, że w recenzji warto dodać kilka zdań o ilości dostarczanej zabawy. Mam świadomość, że piszę dla osób na tyle zainteresowanych grami, że aż kupują o tym gazetę, więc pewnie też sporo grają – ale tutaj znowu wchodzi do gry oręż recenzenta, czyli słowo pisane. Ocenę wystawiam ze swojego punktu widzenia, w samym tekście natomiast ujmuję najwięcej punktów widzenia ile przychodzi mi do głowy. Piszę, że zabawa kończy się po kilku/nastu partiach, piszę o możliwościach eksploatowania dróg zwycięstwa, ale staram się unikać podawania tych dróg. Bo, jak głosi moje motto recenzenckie, kto nie czyta recenzji, tylko patrzy na ocenę, ten sam jest sobie winien.

Kolejną sprawą jest to, że często odbiorcami recenzji nie są całkowite świeżynki. Oczywiście trochę ich jest, niemniej nie dajmy się zwariować – być może kilka osób kupi grę i już na zawsze odejdzie z naszego hobby, niemniej sporo więcej ma świadomość (lub ją uzyska), że istnieje handel towarami używanymi i sprzeda grę z niewielką stratą (statystyka oparta na całkowitym strzale i obserwacjach autora). Nie jest więc tak, że recenzent musi drżeć o każdy szczegół. Rafał słusznie napisał – błędy się zdarzają, nie ma powodu rwać sobie z tego tytułu włosów z głowy. Zwłaszcza, że nawet przy zachowaniu pełnej rzetelności i dogłębnym opisaniu możemy zupełnie niechcący wpaść w na tyle entuzjastyczny ton, że grę kupią ludzie o odmiennym guście – i też im ona zupełnie nie podejdzie. Z jednej strony mamy znowu czyste sumienie, bo poleciliśmy dość obiektywnie dobrą grę, ale efekt może być podobny do polecenia gry, która nam się spodobała wbrew logice (przykład Banga zawsze na czasie 😉 ).

Kończąc i puentując wywód – być może najważniejszą charakterystyką recenzenta nie są jego preferencje co do gatunku czy tego typu kwestii, tylko oczekiwany zwrot ze złotówki w postaci dostarczanej zabawy. Teoretycznie każdemu przeszkadza jeżeli gra jest zepsuta. Ale jeżeli odkrywa się to po 20 partiach, a na forum g-p czytam, że bardzo dużo osób ma w kolekcji sporo gier, w które nie zagrało nawet 5 razy (i nie wygląda żeby ta liczba się miała zmienić), to czy dla nich naprawdę jest istotne, że przy dwudziestej partii gra już się staje bardzo powtarzalna?

  • Stanisław Juźwicki

    Z tym przeliczeniem stopy zwrotu z inwestycji na złotówki / godzina – pełna zgoda.

    Odnosząc się zaś do innej części Twojego wpisu – ja zakładam, że moja recenzja gry jest odbiciem moich wrażeń podczas rozgrywki, a nie ciężkich statystycznych analiz, które ewentualnie mógłbym robić po grze. Jeżeli grało mi się fajnie, to napiszę, że grało mi się fajnie. Jeżeli ktoś gdzieś na forum napisze, że gra ma wygrywającą strategię – cóż, nie zmienia to faktu, że grało mi się fajnie.

    Teraz odnośnie wygrywających strategii właśnie – w niektórych grach taka wygrywająca strategia jest łatwa do wykonania i rzeczywiście jak już ktoś ją zna, to klops. Nie bardzo w tym momencie nawet jestem w stanie z pamięci podać przykład takiej gry, ale pewnie takowe są. Mogę natomiast podać przykład gier, w których ktoś niby odkrył „auto-win-button”, ale jest on tak trudny do zrealizowania, że nie przejmowałbym się tym.

    Pierwszy przykład to Tickety Marklin. Ktoś mocno przeanalizował, że jak się szybko weźmie jedną konkretną trasę, to ma się mocny boost bo ta trasa jest wąskim gardłem. No i fajnie, ale to jest trasa bodajże z 6 wagonów konkretnego koloru, czyli a) trzeba je najpierw uzbierać i b) fajnie by było mieć tam ticket, bo zbieranie np. 6 czarnych kart po to, by się wystawić zupełnie poza trasą naszych ticketów najsensowniejsze nie jest.

    Drugi przykład znacznie świeższy, a do tego taki, z którym jestem emocjonalnie związany: Glass Road. Odkryto, że istnieje kombinacja budynków, która daje nieskończone zasoby. No i ok, niby game-breaker, wydawca od razu zbanował jeden budynek, posypały się gromy i w ogóle. Ale, ale. W grze są 93 budynki, do komba potrzebujemy 3. W jednej partii dostępnych jest 30-40 budynków. Ktoś mi może policzyć, jakie jest prawdopodobieństwo, że w ogóle to kombo będzie możliwe do zrobienia, nie mówiąc o tym, że przeciwnicy też raczej ślepi nie są i nie powinni na nie pozwolić.

    Innymi słowy – nawet jeżeli ktoś już odkryje, że gra jest „zepsuta”, to nie przesadzałbym z paniką.

  • Ink

    Co do motta recenzenckiego, to napisałem to samo pod tamtym tekstem. Ludzie, czytajcie recenzje, a przynajmniej ich podsumowania, a nie patrzcie na nieszczęsne X/Y. Ocena liczbowa to (dla mnie) przykra konieczność, którą narzuca tradycja i spójność, a nie sposób sensownego wyrażenia swojej opinii. W szczególności, kiedy jest to opinia warunkowa, zależna od mnóstwa czynników, o których staram się wspomnieć w samej recenzji, a które mogą mieć zupełnie różne znaczenie dla różnych odbiorców. Bo dla jednych grę dyskwalifikuje downtime, dla innych brak interakcji, a dla trzecich brzydkie wykonanie. I jak mam to ująć pisząć 3/5?

    • Stanisław Juźwicki

      True story, bro. Precz ze skalami liczbowymi w recenzjach.

  • Robert C.

    Ja w recenzjach głównie szukam właśnie odpowiedzi na pytanie ile zabawy jest z danej gry, ile emocji budzi czyli właśnie jaki jest przelicznik tzw. „grywalności” na koszty. Moje podejście do gier bardziej skupia się na próbowaniu nowych tytułów, „szukaniu” niż na graniu w jeden tytuł do upadłego, jeśli gra po kilkudziesięciu partiach staje się powtarzalna nie będzie to miało wielkiego znaczenia o ile wcześniejsze były po prostu miłym spędzeniem czasu. Istnienie game breakerów mnie nie obchodzi o ile nie są zbyt proste do odkrycia, liczy się za to brak balansu o ile planuje grę kupić i często w nią grać, a brak balansu wpływa na „fun”. Z tym że ja nigdy nie polegam na jednej recenzji/recenzencie właśnie z powodów indywidualnych gustów każdy z nas ma jakieś swoje upodobania ulubione mechaniki. Osobiście lubię np. element pewnej niepewności/ryzyka w grze (nie tylko związany z zachowaniem współgraczy) i żadna recenzja mnie nie przekona że gra przewidywalna gdzie wszystko da się wyliczyć będzie czymś dla mnie. W recenzjach dla mnie często brakuje bardziej konkretnych informacji o grupie docelowej na zasadzie z kim się w daną grę najlepiej gra, komu przypadnie ona do gustu. Innej gry szukam na agresywne spotkania z kumplami innej zaś gdy do stołu mają zasiąść z nami też kobiety.

  • Pingback: Malash | Ziarnko w oku, kamień w bucie, ludzie w zamku, łbem w mur kucie ZnadPlanszy.pl()

  • Kyuzo

    A ja podchodzę z drugiej strony 😉 Szukam wyłącznie negatywnych recenzji (pomocne opisy na bgg przy niskich ocenach) i rozważam, czy to, o czym mówi autor recenzenckiego paszkwilu, będzie mi przeszkadzać czy też kompletnie nie obejdzie. Pozytywnym recenzjom nie ufam, jestem krytycznie nastawiony na hype, prędzej sam wysnuję wniosek po poznaniu reguł (zasady + wygląd) – i dlatego bardzo ważny jest środek recenzji, opis gry, a nie samo podsumowanie i subiektywna ocena X/Y.