Nowe jest wrogiem dobrego

Czasami bywa tak, że człowiek chciałby zagrać w nową grę. Nowa gra może być nową grą, albo może być grą starą, ale nową w kolekcji. Gdy nowa gra jest nowa, to w zasadzie nie ma problemu, natomiast gdy ta nówka jest starutka – oj, tutaj zaczynają się schody. Ppoż. Bez poręczy. W deszczu pod wiatr.
Chcąc przetestować grę przeważnie trzeba mieć z kim ją przetestować. Na potrzeby wywodu zakładam, że ludzie kupujący planszówki mają znajomych/przyjaciół/niewolników nabytych na różne sposoby nie będące tematyką tego wpisu. Gdy ci znajomi pałają entuzjazmem godnym początkującego giermka – wszystko jest ok. Trafem jednak przeważnie nowy tytuł wywołuje entuzjazm jaki najczęściej widać w autobusach komunikacji miejskiej w poniedziałek o 6:18 rano.

„Taki entuzjazm osłabia mój entuzjazm”, jak bym napisał w piosence o entuzjazmie, gdybym pisał piosenki o entuzjazmie. Dlatego najprościej do tego nie dopuścić. Z górki mają tu mający niewolników – nie uchylamy uchylają oni wieka piwniczki, więc gracz niewolontaryczny nie jest świadom kolejnej, męczącej nowości dybiącej na jego umilany brzękiem łańcucha święty spokój. Inaczej trzeba sobie radzić ze znajomymi, którzy cieszą się pełnią swobód obywatelskich (no dobra, tacy z ograniczonymi też problemy powodują, innej jednak natury). Często bowiem odpór potencjalnych współgraczy wywołuje odruchowe rozpoczynanie śpiewania hymnu, bo silny jest niczym idea narodowowyzwoleńcza. Objawia się na przykład malkontenctwem: „nigdy nie gramy w nic dwa razy, zagrałbym w coś co umiem, a może jeszcze raz gra XXX.”. Ba, czasami nawet posługują się haniebnymi kalumniami „bo ty uważasz, że gry są do kupowania, a nie do grania” – podczas gdy ja uważam, że są także do nabywania w inny sposób niż tylko kupowanie. No ale nieważne, do ad remu.

Można takiego gracza zaskoczyć – powiedzieć mu, że gramy o 17, wszystkim innym powiedzieć, że o 16:30. O 16:45 zaczynamy głośno narzekać, że co za nieszanujący kolegów i ich czasu buc, że rozłóżmy grę i jak w końcu raczy przyjść, to będzie szybciej. Gdy w końcu znajomy się pojawia wrogie nastawienie plus presja grupy sprawią, że pewnie się ugnie (albo nawet nie zauważy rozpoczęcia partii w coś nowego w ogniu oskarżeń i spojrzeń zwykle używanych tylko przy Grze o Tron). Proste, skuteczne. Do czasu wynalezienia Internetu (a dokładniej Facebooka lub emaili, zależy kto jak bardzo wyindywidualizował się z rozentuzjazmowanego nowymi technologiami tłumu) – bo gdyż ponieważ coraz częściej umawianie się na granie następuje za pomocą środków wyżej wymienionych. Zaskoczenie więc ulatuje, tak samo jak nasza nadzieja na zagranie w ten uzupełniony właśnie najlepszy klasyk gatunku.

Internet więcej ma zagrożeń – kto ma dzieci, albo bezmyślnie zgadza się na instalację wszystkiego, ten wie. Najbardziej jaskrawym przykładem obrzydzania hobby jest serwis Board Game Geek – gromadzi on bowiem międzynarodowe legiony narzekaczy, którzy potrafią wylać wiadro pomyj na każdy tytuł (nawet na Loopin’ Louie – niech to zobrazuje nieznającym skalę zjawiska). Taki wiec niechętny gracz poszuka 38 sekund i już ma 17 argumentów, że „największa grupa pasterzy subsaharysjkich już rozpracowała wygrywającą strategię i szkoda czasu”, albo że Gra o Tron to tak naprawdę „wojna, tylko z ładniejszymi kartami. Że nieprawda? „To jak rozstrzyga się starcia? No właśnie.”. Pół biedy, gdy odpór jest prosty, bo gra jest mniej-więcej znana, gorzej, gdy jest to nowość typu unikat typu rok będę spłacał kredyt, ale to ostatnia kopia mint perfect z 1917 roku z autografem dziadka szeryfa, który aresztował stryjeczną wujenkę sąsiada poprzedniego opiekuna Burka, który był niestety zdechł w zeszły czwartek – kupiłem to dla uczczenia jego pamięci. Gracz taki coś przeczyta, coś zapamięta, coś powtórzy – i to coś zapada w pamięć grupy i grupa już nigdy nie chce w grę grać. To była refleksja ogólna.

A teraz refleksja szczegółowa – Ciuniek, nie odpuszczę Ci tej Junty.

0 Udostępnień