X-COM – czyli FFG kooperuje

Fantasy Flight Games zapowiedziało wydanie X-COMa w wersji planszówkowej. Czytając newsa wyłapałem przede wszystkim radujące: licencję i to, że gra już jest na ukończeniu/ukończona, natomiast na minus od razu wskoczył fakt, że to kooperacja. Acha, no i konieczność pobrania aplikacji na telefon albo korzystanie podczas gry z programu komputerowego.

W tym momencie odechciało mi się czytać, ale dostrzegłem, że projektantem jest Eric M. Lang, którego karciankowe dokonania nijak mnie nie interesują, natomiast Chaos uważam za jedną z lepszych gier w historii mojej z tym hobby styczności.

FFG niedawno wydało kooperację osadzoną w elektronicznym uniwersum, czyli Gears of War. Wcześniej wydali Dooma (wydali też inne oczywiście, ale te dwie będą użyteczne do elaborowania). Recenzując Gears of War w zasadzie byłem dobrze nastawiony, najgorzej wypadło jednak AI, które już w pierwszej partii było zupełnie oczywiste, ponieważ miało niewielką pulę działań, a tylko ich kolejność była do pewnego stopnia niewiadomą. Narzekałem na to okrutnie, ponieważ porównywałem to do Dooma. Doom działał tak, że jeden z graczy był sztuczną inteligencją i miał za zadanie tępić graczy. Oczywistym plusem takiego rozwiązania jest potencjalnie dużo wyższy poziom gry plus nieprzewidywalność. Niejakim minusem jednak e mi to, że w pełnej kooperacji nie ma konfliktu, więc można grać w szerszym gronie.

W X-COMie aplikacja/program ma za zadanie realizować scenariusze inwazji obcych, a do tego pomagać w śledzeniu zapasów, technologii i tak dalej. Dodatkowo ma zawierać niespodziewane utrudnienia w rodzaju mieszania kolejności tury, przerywania transmisji danych o obcych i tego typu sztuczki. Poza tym aplikacja ma uczyć nas zasad oraz mieć zaprogramowanych kilka poziomów trudności.

Każdy z graczy ma przyjmować inną rolę – jest naukowieć, jest typ od decydowania o przeznaczeniu funduszy, jest wojskowy od działań naziemnych i jest łącznościowiec, który odpowiada za zbieranie danych. Mechanika ma być oparta o kości, ale nie do omawiania mechaniki powstał ten wpis.

Przede wszystkim innowacją jest aplikacja. Jestem oczywiście rozdarty – największym plusem wydaje mi się sterowanie scenariuszem inwazji – to już nie jest talia kart, którą można przejrzeć. Najbardziej lubię w grach element przygody i takie rozwiązanie świetnie to wspiera. Nawet jeśli ktoś ma fantazję policzenia szans na daną przygodę to i tak się tego nie da zrobić – ta część mnie kupuje. Nareszcie może powstać gra kooperacyjna, która faktycznie wszystkich zaskakuje – oczywiście nie rozwiązuje to problemu lidera, ale znacząco go ogranicza, przynajmniej na pierwszych kilka partii. Scenariusze mają bowiem różnić się sposobem ich wygrania – inne technologie, inne fundusze, więc wygrana jedną ścieżką wcale nie sprawia, że grający drugi raz ma sporą przewagę wiedzy.

Interaktywna aplikacja ucząca reguł gry? Także super sprawa, zdecydowanie podoba mi się ten kierunek. Filmiki są w porządku, instrukcje pisane dają radę od setek lat. Natomiast aplikacja to może być ta przyszłość, która nie zostawia miejsca na niezrozumienie połowy zasad.

Oczywistym minusem jest konieczność bycia zawsze online albo świecenia telefonem. W gry planszowe przecież po to się gra, żeby uciec od komputera. Im więcej liczy dla nas komputer tym bardziej plansza może się okazać zbędna. Skoro w zasadzie mam tylko rzucać kośćmi, a komputer mi powie co i gdzie ląduje, to czemu całości nie zagrać na komputerze? Szczególnie uwiera mnie to w zapowiedzianym trybie solo – to już zupełnie odziera planszówkę z planszowości.

Plusem może być to, że skoro scenariusze są w aplikacji, to mogą się pojawiać bardzo łatwo dodatki. Powiedziałem „plusem”? Miałem na myśli DLC. W końcu jak adaptacja gry elektronicznej to pełnoprawna, prawda?

Taka garść spostrzeżeń napisana na szybko, do zapoznania się głębszego zapraszam tu oraz tu.

Przyszłość planszówek być może własnie została ogłoszona i zadecydowana, a ja w sumie nie wiem co myśleć. Jedno jest pewne – taka gra na pewno moich recenzenckich łapek nie ominie 🙂

29 Udostępnień