Smash Up, czyli nic dwa razy się nie zdarza

Pomijając wszystkie inne zarzuty wobec Munchkina jego główną wadą jest powtarzalność. Kolejne dodatki trochę zmieniają, ale serce i kombinacje pozostają te same. Na drugim biegunie jest taki na przykład Dominion. Od pewnego czasu jest też biegun trzeci – czyli Smash Up. Usiadłem do testowania tej gry z kilkoma dodatkami, ich nazw nie potrafię wymienić. Ponieważ była to raczej ostatnia partia – postanowiłem podzielić się przemyśleniami.

Smash Up to gra, w której mamy X frakcji, a do partii każdy gracz używa dwóch po prostu tasując ze sobą ich karty. W pudełku, z którego losowałem moje ekipy, było ich ze 30, więc kombinacji było całkiem sporo.

W pudełku w każdej frakcji znajdziemy dwa podstawowe typy kart – jednostki oraz akcje. Dochodzą do tego jakieś cuda typu „special”, które są akcjami do wykonania w dowolnym momencie. Jednostki mają swoje właściwości, które bywają też akcjami. Na środku stołu leżą bazy, o które walczymy i które po zdobyciu dają punkty za pierwsze 3 najsilniejsze armie je okupujące. Gramy do 15 punktów, w swojej kolejce można zagrać do 1 jednostki i do 1 akcji. Koniec zasad.

Wrażenia

Będę tę grę porównywał z Munchkinem, w moim rozumieniu bazowo są bardzo podobne. W Munchkinie występuje problem między innymi taki, że po przeczytaniu kart robi się z tego zwykła gra „oko za oko oraz nawiązka na rzecz sąsiada”, w której przerzucamy się ciągle tymi samymi kartami. Smash Up postanowiło to naprawić poprzez tworzenie indywidualnych talii gracza składających się z dwóch dowolnych frakcji. Ja na przykład grałem dinozaurami zombie (zombiezaury!), kolega szpiegami ninja (czyli nigami), inny z kolei steampunkowymi duchami.

Siła gry leży właśnie w tych kombinacjach pozwalających przez długi czas wynajdować ciekawe połączenia. Ta unikalność połączeń jest jednocześnie jednak wadą. Każda karta ma tekst. Karty działają różnie, niektóre mają efekty działające na wszystko, niektóre na pewne zagrania, do tego dochodzą efekty baz. Każdą kartę zagrywa się tak naprawdę na innych zasadach niż poprzednią.

Lubię przygodę w grach. Ten element niepewności sprawiający, że gra zaskakuje, że trzeba się dostosowywać i grać taktycznie. Z drugiej strony niespecjalnie lubię gdy każdy gra w nieco inną grę. A tu szybko się tak robi – bo ten rzuci efekt, na tego to nie działa, tamten ma bonus, a piąty ma inny sposób zagrywania kart. Do czasu ogrania i poznania frakcji nie ma sposobu zaplanowania następnej kolejki – bo nie wiadomo w co tak naprawdę będziemy wtedy grali.

Kiedy dochodzi do nas kolejka musimy rozwiązać zawsze inną łamigłówkę – co by tu teraz i kogo i czym. To jest bardzo fajna część gry. Nieco mniej fajna jest taka, że taką łamigłówkę rozwiązują inni gracze – a my siedzimy i czytamy w kółko te kilka kart, które mamy na ręku. Później coś zagrywamy, ale nagle okazuje się, że nie możemy – bo zapomnieliśmy o jednej z 5 obowiązujących zasad zapisanej na jednej z 20 leżących na stole kart. Więc myślimy od nowa. I inni też.

Kolejne partie teoretycznie bardzo powoli przynoszą poprawę sytuacji – bo talii do poznania jest sporo. Pierwszą partię grałem w 5 osób i być może to było złym pomysłem – rozgrywka trwała prawie 2 godziny. A powinna 30 minut, bo przez tyle czasu Smash Up jest interesujący daną talią.

Kupię?

Prościutki setup i prościutkie zasady sprawiają, że od otworzenia pudełka do rozpoczęcia partii z nowymi graczami mija ze 30 sekund. Znajdowanie połączeń kart i wymyślanie jakby tu jeszcze komuś dowalić jest całkiem przyjemne. Niestety dla mnie całość tonie w morzu tekstu, a poza decyzjami „atakować już, czy jeszcze zbierać” oraz „wykorzystać ten bonus teraz czy później” innych nie ma. Co więcej – nawet jak zaplanujemy dobry, agresywny skok na bazę to i tak nie ma gwarancji, że ktoś nie zagra karty „haha, zabieram ci punkty”.

Odpowiadając na pytanie po, zaznaczam, jednej partii – nie kupuję. W moim odczuciu gra wpisuje się w stereotypowo amerykańską wersję geekostwa – dobra oprawa graficzna, solidne pudło, a głębia rozgrywki zastąpiona została kolejnymi zakupami dodatków. Dla AEG Smash Up jest żyłą złota, ale z punktu widzenia gracza – to ledwie tombak.

  • Sławomir Ścieszka

    te pomocne recenzje graczy po jednej partii…

    • kwiatosz

      To nie jest recenzja, tylko, jak napisalem, wrazenia po jednej partii.

      • Sławomir Ścieszka

        temu nie warto brać jej pod uwagę

        • kwiatosz

          Zakladam ze znasz te gre. Z zadnym z powyzszych stwierdzen i przypuszczen na jej temat sie nie zgodzisz?

          • Sławomir Ścieszka

            znam tą grę bardzo dobrze stąd się nie zgadzam