Ulubiona mechanika, ulubiony autor?

Dołączając do kapituły Gry Roku na dzień dobry otrzymałem do wypełnienia kwestionariusz zapytujący między innymi o ulubionego autora i mechanikę. Człowiek zapytany o poglądy w sprawie, nad którą się do tej pory nie zastanawiał, wyciąga wnioski o swoich preferencjach na podstawie swoich zachowań. Nie rejestruję rozgrywek na BGG, nie miałem się więc jak podeprzeć twardymi statystykami – a jak wiadomo sama kolekcja niewiele mówi o preferencjach – zwłaszcza w moim przypadku. Spora jej część bowiem leży zagrana raz, albo nawet wcale, ale po prostu nie lubię się pozbywać gier.

Zainspirowany wpisem Krwawisza „Karcianki nie gryzą”, w którym przyznaje się do odkrycia za pomocą top 10, że tak naprawdę najbardziej lubi gry karciane, zacząłem rozmyślać nad własnymi kategoriami, które pozwolą mi wyłonić co w zasadzie lubię. Nawiasem mówiąc ów autor oszukuje nas nieco mówiąc, że dopiero teraz odkrył swoje bycie graczem w zasadzie karcianym – jego podpis w Świecie Gier Planszowych informował o tym już od dawna.

Krwawisz proponuje użycie sporej liczby sensownych (bądź nie) kryteriów dla ustalenia top 10. Próbowałem z ocenami. Próbowałem z subiektywnie szacowaną liczbą rozgrywek. Sprawdziłem czy jakiś wzór się wyłoni patrząc na gry grane w różnych grupach. I nic. Okazuje się, że lubię gry działające na przynajmniej 4 osoby. Wow.

Postanowiłem zmienić podejście, decydując, że może to nie Hegel ma tu rację („Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów”) i to teorię należy zmienić. Dlaczego domyślną opcją jest że ktoś ma ulubioną mechanikę bądź autora? Moim zdaniem wynika to wprost z tego, że mózg lubi uporządkowanie, wzorce i aktywnie ich poszukuje. Ktoś ma w kolekcji 2 gry więcej z mechaniką worker placement i wyciąga wniosek, że pewnie taka mechanika mu pasuje. Jeżeli się tym przejmie, to może zacząć dobierać gry pod tę tezę i skutecznie się utwierdzi, że faktycznie to jego ulubiona mechanika. Oczywiście na pewno worker placement lubi, ale jest szansa, że uważa ją za swoją ulubioną głównie na podstawie decyzji, że tak jest.

Ludzie (i zwierzęta) szukając zależności i mechanizmów działania świata często tworzą w tym celu przesądy. W klasycznym eksperymencie Skinner wykazał, że gołębie, karmione w stałych odstępach czasu, wykształciły coś, co nazwał „zachowaniem przesądnym” – powtarzaną przed każdym karmieniem sekwencją ruchów, która przyniosła sukces (czyli pokarm) za pierwszym razem. Później podobne wyniki uzyskano na studentach (co ciekawe, studenci nie dostawali jedzenia a pieniądze – nie wiem czemu wybrano gorszą nagrodę). Tutaj mam wrażenie może to działać podobnie – jak to tak, bez ulubionej mechaniki? Bez autora? I człowiek zaczyna szukać. „Acha, przy Stone Age bawiłem się świetnie, przy Filarach Ziemi też, znaczy lubię worker placement”. Przeoczenia takiego rozumowania są oczywiste – czy była to ta sama grupa? Czy w tym dniu inne wydarzenia wpłynęły na mój humor podczas partii? Etc etc. Emocje są bardzo dobrze zapamiętywane, lepiej od faktów – to wystarcza, żeby stworzyć skojarzenie i teorię, która potem faktem staje się dopiero przy aktywnym udziale człowieka.

Naturalnie nie zaprzeczam, że gracze z lepszym wglądem faktycznie mają tego ulubionego autora wybranego na zasadzie analizy mechanik czy rozwiązań, że naprawdę jedna mechanika dużo lepiej współgra z ich procesem myślowym. Niemniej powszechność posiadania „ulubionego…” jest moim zdaniem przesadzona. Ulubienie powinno być kategorią dość przemyślaną, tymczasem pierwsze zetknięcie z takim zagadnieniem może zaowocować wybraniem czegoś na szybko, na podstawie niewielkiej liczby przesłanek. Później teoria rzadko jest weryfikowana, bo przecież już wiadomo, jaka mechanika jest tą najlepszą. Dlatego moim zdaniem lepiej zachować otwartą głowę i nie zamykać się w „ulubionym”, zwłaszcza przed poznaniem tych chociaż 100 gier. Żeby nie uciekło coś ciekawego – bo to poszukiwanie jest jedną z większych radości naszego hobby.