Szkoda czasu na partię, albo czy posiadanie zastępuje granie

Refleksja na temat potrzeby grania naszła mnie podczas czterdziestej, czy coś koło tego, partii w Chaos w Starym Świecie. Nie jest to mój egzemplarz tego tytułu, jeden znajomy kupił CwSŚ i od tamtej pory często namawia na partyjkę. Ja swoją kopię posiadam dłużej od niego, ale na niej zagrałem może ze 4 razy. Toretycznie myśl nie powinna być dziwna, ale smakowana miała posmak obcości, mieniła się poświatą logiki zupełnie innej niż charakteryzującej moje podejście do gier planszowych: otóż ludzie kupują gry, żeby w nie grać. „Debil, po prostu debil” – to zdanie prawdopodobnie pojawiło Ci się czytelniku w głowie. Poniekąd rozumiem, ale zostań jeszcze przez chwilę przy moim tekście. Będę się tłumaczył.

Odkąd mam w miarę stałą grupę planszową (którą uzyskałem dołączając do stowarzyszenia fantastyki Cytadela Syriusza) dość znanym w środowisku faktem stało się, że gram w gry do momentu, gdy wylądują w mojej kolekcji. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. Prosty przykład – na konwencie jakieś wydawnictwo prezentuje swój tytuł. Podoba mi się, nawet bardzo – spędzam nad nim trochę czasu i postanawiam go kupić (także za namową grupy). Następnego wieczora – nikt nie jest zainteresowany, nikt nie chce w to grać. Mnie też nie chce się tej gry wyciągać, nie wiem czemu. Jeżeli ktoś inny też kupi – w jego kopię zapewne zagramy, ba! będziemy do niej wracać jeszcze wielokrotnie.

Próbowałem temu zaradzić kupując gry przed ich zagraniem – faktycznie trochę to działa, w jakieś 90% nabytków przynajmniej raz zagram. Ale znowu – raz, czasem dwa, a potem gra leży. Później kupuje ją ktoś inny – i o mój boże, czemu ja o niej zapomniałem? Przecież jest świetna. Wyciągam swój egzemplarz, kaszlę 5 minut od wzburzonej chmury kurzu wcześniej odpoczywającej na pudełku i faktycznie – dobra gra. Odkładam mój egzemplarz. Po roku albo trzech ktoś sobie o grze przypomina i przynosi swój egzemplarz. Historia się powtarza.

Innym krokiem, który podjąłem aby przeciwdziałać takiej grandzie, było zostanie recenzentem. Krok wspaniały – z zawodowego obowiązku te kilka partii zagram zawsze. Co ważne – z różnymi grupami. Dzięki temu jest szansa, że przynajmniej jedna z nich będzie się dopominać jeszcze jednej partii po pewnym czasie. Na początku się bronię, a podczas gry się świetnie bawię.

Analizowałem przyczyny takiego zjawiska. Wyszedłem od narzucającego się pędowi ku nowościom (tym wydawniczym albo po prostu nowym dla mnie). Teoria fragmentarycznie pewnie słuszna, jednak mocno sypie się na tym, że nie lubię tłumaczyć gier, często mam opór przed przeczytaniem instrukcji i umówieniu się na inauguracyjną partię (także w przypadku recenzji). Nie lubię wypychać żetonów, nie widzę nic fajnego w zapachu nowej gry. Więc to raczej nie to.

Teoria druga – lubię jak coś się dzieje. Tak jak małe dzieci na etapie wczesnego poznawania świata – skupiam uwagę na rzeczach nieznanych, nowych. Znane gry nie przyciągają mojej uwagi z tego prostego powodu, że przyrost informacji na jej temat już się w większości dokonał. Poznałem zasady, poznałem oprawę, mechanizmy. Dalej to już szczegóły. Tu już jest nieco więcej prawdy, nawet lubię poznawać gry, które tłumaczy ktoś inny.

Przez pewien czas podejrzewałem słuszność tytułowej teorii – że faktycznie u mnie posiadanie zastępuje granie. Sprawdzając grę na czyimś egzemplarzu (gdy gra mi się podoba) mam ochotę w nią grać. Gdy wygram jest satysfakcja, gdy przegram czasem jest ok, a czasem się denerwuję. Jaki jest najlepszy sposób żeby nie przegrać? Nie grać – ale wtedy się odcinam od dostępu do danego tytułu. Więc go kupuję, stawiam na półce i już nie mam tego problemu – grę posiadam, a czyż najwyższą formą zwycięstwa nie jest całkowite zaanektowanie danego kraju? Pewnie jest, czemu więc miało by być inaczej z grami?

Wgląd dał mi jednak prozaiczną odpowiedź: organizowanie partii jest męczące. Raz na umówionych 8 osób przyjdą 3, innym razem okaże się, że do czteroosobowej gry jest nas pięcioro. O organizowanie martwi się właściciel gry. Prosta sprawa – ta sama frajda z gry bez niepotrzebnego szarpania sobie nerwów jako kulturalno-oświatowy. Moim ulubionym aspektem w grach jest spotkanie ze znajomymi, aspekt socjalizowania się przy dobrym tytule. Ale organizowanie? Brrr.. To jak w suchym dżołku: A: Pracujesz z ludźmi? B: Nie, z klientami.