Okresowa klimatyczność

Dopiero kilka lat temu nadrobiłem „Łowcę jeleni”[uwaga, mogą być mini spoilery]. Trudne to wyznanie, niemniej musiało w końcu paść. Cały film jest oczywiście bardzo warty zobaczenia, mi natomiast najbardziej utkwiła w pamięci scena z rosyjską ruletką – chyba pierwsza, a w każdym razie ta, gdy spoceni, złachani bohaterowie siedzą w jakiejś chacie Wietkongu i grają. Podczas oglądania tej sceny osiągam głębiny immersji rzadko występujące nawet w przypadku grania w erpegi. Czuję lepkość powietrza, ogromną, duszącą wilgotność. Do tego nędzna chacina, pot leje się z graczy, a życie zależy od przypadku, szczęśliwego trafu. Najlepszym wyjściem mogłaby być propozycja Joshuy, ale tu bohaterowie tej opcji nie mają.

Manila jest grą traktującą o filipińskich przemytnikach towarów. W prostych słowach chodzi o to, że obstawiamy różne akcje i wykonujemy rzuty kostką. Rozkład jest w miarę typowy – im pewniejsza akcja tym słabszy potencjalny zysk. Manila klimatem nie grzeszy – znajduje się nieco powyżej rulety, ale nie na tyle, żeby samo to się narzucało. Zupełnie inaczej jest natomiast w lecie. Za oknem 35-40 stopni, w rogu pokoju/na suficie wentylator raczej mielący śluzowatą maź niż rozpędzający powietrze i chłodzący graczy. Ubranie lepi się do człowieka, otarcie czoła to podstawa możliwości zobaczenia kart i wyników rzutów. Nic się nie chce, mańana to za wcześnie żeby się choćby ruszyć. Gra nie jest przyjemnością, każdy wysiłek męczy, każdy ruch musi przezwyciężyć opór psychiki, ciała, gęstego powietrza.

Odkąd zobaczyłem wspomnianą scenę w Łowcy jeleni mam ją przed oczami za każdym razem gdy siadam do Manili. Gram w nią tylko w lecie – i to w raczej ekstremalnej wersji tej pory roku. Moi współgracze dobrze o tym wiedzą, stało się to nawet pewnym memem – Shonsu ogłaszając piątkowe spotkania planszówkowe dorzuca czasem informację „idealna pogoda na Manilę”. Bardzo rzadko miewamy ochotę na tę grę, już jest dosyć przechodzona w naszej grupie. Kiedy tylko jednak słupek rtęci pnie się jak alpinista w karbowanych spodniach podczas letniego podejścia przy ładnej pogodzie Manila ląduje na stole. Oddajemy losy zwycięstwa w ścianki kostek, wdychamy powietrze jak przez gąbkę. Nie widzimy gry, stateczków, kart towarów. Widzimy Roberta de Niro, widzimy Christophera Walkena, wreszcie widzimy generycznych żołnierzy Wietkongu. Rzut, duchota, słomiana chatka, krzyki żołnierzy, emocje. Tylko w lecie. Tylko wtedy.