Litery? A co to?

Portal na swoim profilu wrzucił ostatnio pytanie „Jakiego recenzenta/serwis cenicie?”. Odpowiedzi zebrało się 120. Pewnie sami to policzą, więc ich nie będę wyręczał, ale jedna tendencja bije w twarz z zacięciem Lennoxa „z Andrzejem nie rozmawiam” Lewisa – królują wideorecenzje. Pojawiły się pojedyncze nazwiska, pojedyncze serwisy ze słowem pisanym. Nazwiska zresztą znane dlatego, że firmują cały blog, a nie piszą recenzje w jakimś serwisie.

Najczęściej przewija się Game Troll tv – spojrzałem na subskrypcje i ma ich 4200 – czyli ponad 2 razy więcej niż wynosił nakład Świata Gier Planszowych. Wookie podobnie, też się przewija, też ma sporo subskrypcji. Zacząłem się zastanawiać – w jaki sposób ludzie przyswajają recenzje? Oczywistą sprawą jest, że z filmiku lepiej widać komponenty gry niż z liter. Ale obejrzenie wyglądu/zasad plus przeczytanie recenzji zajmuje mniej czasu niż obejrzenie zasad i recenzji (aczkolwiek nie sposób nie docenić precyzji wypowiedzi GameTrolla). Czy ludzie lubią siedzieć i patrzeć na gadającą głowę?

Kilka lat temu zaczęły pojawiać się opracowania wskazujące, że człowiek już dawno został przegoniony przez złotą rybkę w zakresie możliwości skupienia uwagi. Google, Facebook i inne twory skłaniające do multitaskingu zabijają możliwość skupienia się. Teoretycznie festiwal „światło i dźwięk” lepiej przyciąga uwagę niż statyczne literki – ale skupia zdecydowanie gorzej. Strzelam, że ludzie „oglądają” recenzję tak naprawdę mając ją otwartą na karcie w tle, robiąc coś przy tym zupełnie innego (odkrywcze, nie?). Dlatego muszę tak strzelać, że ja próbując tak robić wysiadam. Albo wyłączam słuchanie, albo nic innego nie mogę robić. I teraz kurczę – czy jestem jakże młodym reliktem epoki, kiedy informacje nie były przyswajane biernie? Chyba że to tylko moje zdziadzienie mentalne, że uważam system komentarzy Youtuba czy Facebooka nie nadaje się do sensownej dyskusji, tylko do rzucenia skrótowego komentarza.

Zastanawiam się czy recenzje pisane nie zostaną hobby dla wąskiej grupki zapaleńców, którzy będą nawzajem czytać swoje teksty sprowadzając się do chowu wsobnego. Czasami takie coś można zaobserwować przy książkach i ich recenzjach. W przypadku książek nie ja zwróciłem na to uwagę, ale nie pomnę kto – szybkie szukanie w Google nie dało mi odpowiedzi. Chodziło o to, że są autorzy, którzy nawsadzają „puszczeń oka” do tekstu tyle, że tylko krytyk czy dwóch to powyłapuje i będzie się cieszyć. Krytyk później pisze recenzję, gdzie też coś nautyka, to krąży i mamy książkę w zasadzie dla nikogo zrecenzowaną w sposób w zasadzie dla nikogo, a z recenzją polemizuje dwóch innych krytyków.

Kilka osób napisało, że lubi całe ZP, albo Games Fanatica, bo recenzje są [wstaw przymiotniki]. Jeżeli nazwisko/ksywa występuje gdzieś na końcu tekstu to chyba jednak nie ma odruchu identyfikowania go z tekstem. To nie jest „O, Czesiek Grzywa wrzucił recenzję” tylko „Planszą w twarz wrzuciło recenzję”. Oglądając wideo widzimy twarz recenzenta, widząc blog Planszówki u Powermilka kojarzymy Powermilka (na co już kilka lat pracuje). W serwisach z kilkoma autorami jednak nazwisko autora recenzji się nie narzuca. To serwis recenzuje, a że rękami wystającymi z jakiejś masy – who cares? Felietony to coś innego, człowiek czasami sprawdza po prostu „co za debil to nasmarował”, ale przy recenzjach raczej tak nie ma (chyba że się czyta recenzję czegoś ogranego, ale tu wraca kwestia chowu wsobnego, gdzie i tak się recenzenci kojarzą). Można więc założyć, że tu chodzi o proste trudności identyfikacyjne – na takie pytanie pewnie ludzie odpowiadają raczej z głowy niż sprawdzając kogo to ostatnio czytali. Prawie przyjąłem takie wyjaśnienie, bo jest uspakajające, mówi mi, że tak naprawdę to nie zdziadzienie i włączanie się do narzekania na następne pokolenia. Że to po prostu ankieta Portalu (z obiecaną nagrodą, więc zachęcająca) dotarła tylko do tych mocno multitaskujących. Taką mam przynajmniej nadzieję, ale jak popatrzę w statystyki wyświetleń/odwiedzin oraz odzew po recenzjach pisanych to nie wiem czy jest ona na czymś oparta…

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to co robię w Gradaniu to też nie jest słowo pisane. Ale kompromisem w wizji audycji jest to, że co nie musi być w formie filmiku to nie jest. Czuję się więc uprawniony do bycia fanem słowa pisanego.

0 Udostępnień