Powab a ukryta brzydota
Autorzy często próbują nam sprzedać otoczkę położoną na gładko na mechanice. Tak gładko, że przy leciutkim przechyle ześlizguje się odsłaniając jak jest naprawdę. Po jednej/kilku partiach już dobrze widzimy ten brak punktu zaczepienia i zaczynamy dostrzegać w co tak naprawdę gramy.
- Bang! Wydawca nam mówi, że to gra o konflikcie w małym miasteczku, gdzie naprzeciwko siebie stają szeryf, jego zastępcy, bandyci oraz nowy kandydat na szeryfa. W praktyce jest gra o tym, że jeśli wylosujemy rolę dającą nam odległe miejsce w kolejce to najpierw giniemy przed swoją kolejką, a potem przez godzinę patrzymy jak bawią się inni. A później to powtarzamy. Zapytani o o wrażenia odpowiadamy „Świetna gra, dawno takiej dobrej nie grałem. Po prostu było zbyt jasne że jestem bandytą.” – mimo że przez 3 partie nawet się nie odezwaliśmy.
- Blood Feud in NY. Fabularny wstęp opowiada o wojnie mafii o dominację w Nowym Jorku. Tak naprawdę natomiast BFiNY jest reklamą Powerade – za każdym, gdy przydupas innego bossa padnie w boju, natychmiast powstaje na służbie u nowego pana, a policja jest uczciwa i nigdy nie przyjmie mniejszej łapówki niż ostatnio. Stosy papierowych pieniędzy natomiast służą tylko do ich liczenia po każdej partii, nigdy bowiem nie bierzemy ich nawet do ręki – używamy tylko kalkulatora. „Ciekawa gra, ograniczony zasób mięsa armatniego jeszcze nigdy nie był tak realistycznie przedstawiony.”
- The Boss. Kolejny pojedynek rodzin mafijnych o wpływy, tym razem w różnych miastach. Szybko jednak okazuje się, że to tak naprawdę opowieść o przesądnym szefie mafii, który wypłaca nagrody tylko gdy wpływy kończą się odpowiednią cyfrą. „Niesamowite jak z małej karcianki można wycisnąć tyle prawdy o mafii.” – czyli że boss może wszystko, a my tylko patrzymy.
- Ca$h 'n’ Gun$. Grupa przestępcza dzieli się łupem po napadzie, a wśród nich jest tajniak. Walczymy o łup próbując odnaleźć i zlikwidować tajniaka. Acha – jasne, prawda wygląda tak, że każdy wie kto jest tajniakiem, ale nikt go nie zabija, ponieważ każdy woli się połakomić na część łupu i zabić kolegę celem zgarnięcia jego doli. A na koniec tajniak wygrywa, bo i wzywa posiłki i ma najwięcej kasy. „W następnej rundzie wszyscy strzelamy w tajniaka.”
- Chaos w Starym Świecie. Pojedynek bogów chaosu o pogrążenie znanego świata w zepsuciu i rozpuście (czy też krwi, zarazie, czy co kto chce). W praktyce – epicki pojedynek, w którym najważniejsze jest, żeby nie wyszło wydarzenie psujące ci całą grę. „Powinienem był wtedy wejść do Bretonii.” – czytaj: powinienem był wylosować inne wydarzenie albo innego boga, a nie że nigdzie nie ma walki.
- Doom. Grupa kosmicznych marines przebija się przez korytarze pełne kosmicznego ścierwa. Prawda jest nieco inna: Invader raz po raz masakruje marinsów i udaje że to jego zasługa, a nie skopanego balansu. „Ha-ha, nie macie szans z potęgą mojego umysłu!”, czyli sposób na poprawianie sobie samopoczucia kosztem innych.
- Eaten by Zombies. Deckbuilding o zbrojeniu się przeciwko zombiakom – ładne rysunki zapewniają klimat. Graobiecuje łączyć taktykę i strategię w jednej talii – po 10 minutach odkrywamy, że tak naprawdę sekwencja jest oczywista: wyłóż wszystkie karty, wybierz walkę jeśli możesz, kup wszystko na co się stać. Później jedne gracz ginie, a następny wygrywa. „Ech, a mogłem usiąść na lewo od niego zamiast na prawo…”
- Elder Sign. Mitologia Lovecrafta z pięknej oprawie – muzeum, badacze, walka z potworami. Rzuć kostką, powiedz „zabrakło mi tylko jednej lupki”, przekaż kolejkę. Powtarzać aż do nieuchronnej śmierci jednego ze współgraczy. Z nudów. „Mogłem lepiej zagrać tę kość. To znaczy obrócić ją gdy nikt nie patrzył.”
- Twilight Struggle. Wypełniona klimatem gra o potędze dwóch mocarstw podczas zimnej wojny. Praktyka jest okrutna – dobierz na rękę karty, zobacz że same czerwone (jeśli jesteś USA), patrz jak przeciwnik myśli że dobrze gra. „Nie przyłożyłem się do rzucania tych szóstek. Oprócz wyścigu kosmicznego.”
- Munchkin. Zagraj sesję RPG bez tego całego odgrywania postaci. 5 minut gry, a później 2 godziny kłótni o zasady. „Bo on liczył razdwatrzy, a trzeba raz, dwa, trzy.”
- Mare Nostrum. Starcie pięciu cywilizacji w basenie Morza Śródziemnego – ograniczona losowość, bardzo fajny mechanizm handlu. Jedyne, co zapamiętujemy z partii to to, że autor nijak nie umiał przelać na papier swoich myśli dotyczących zasad rozgrywki. „Przecież oczywiste jest, że „pod rząd” nie musi znaczyć „pod rząd” – mogliśmy to wydedukować bez czytania FAQ.”
Czasami te problemy wynikają po prostu z trudnych do obejścia bez przebudowy całej gry mechanizmów. Dobrze jeśli autorzy się uczą na błędach – taki Bang! został niedawno wydany w bardzo poprawionej formie i nazywa się Samurai Sword, z kolei Mare Nostrum od wielu lat nie może się doczekać na wiążącą odpowiedź autora w kwestii np. handlu. Konev w swoim pierwszym wpisie ogłaszał wszem i wobec, że jak coś źle działa, to on autorowi o tym powie. Widocznie niektórym, nawet uznanym autorom takiego testera brakuje.



